Strona główna » The Color Run – 5 kilometrów przepełnionych kolorem i radością
the color run

The Color Run – 5 kilometrów przepełnionych kolorem i radością

Gdybym miał wymienić jedno skojarzenie z wyrażeniem "radość życia" - z pewnością wymieniłbym kolor. A The Color Run jest dosłownie biegiem radości. To jeden z bardziej wesołych biegów w Polsce!

Wyszukiwanie co ciekawszych bądź dziwniejszych biegów to fajna zabawa. Pączek Run, bieg czekolady, Bieg Mikołajów, czy inne dziwne wydarzenia mają to do siebie, że człowiek dosłownie biegnie z uśmiechem na ustach. Bawi go już sam udział, a miejsce czy osiągnięta czasówka mają tutaj zdecydowanie mniejsze znaczenie.

O The Color Run usłyszałem rok temu

Cóż, biegam dopiero trochę ponad dwa lata i ten biegowy świat jest cały czas dla mnie nieznany, a jego odkrywanie sprawia mi dużo frajdy. O The Color Run usłyszałem rok temu, gdy zobaczyłem zdjęcia mojej znajomej – ufajdanej kolorowymi farbami od stóp do głów. Potem zapomniałem o nim zupełnie, aż pojawiły się ogłoszenia o sprzedaży tegorocznych miejscówek. Dzięki ci cookies i inteligentne algorytmy Facebooka, że o tym pamiętaliście!

Chociaż w sumie – The Color Run to bardziej piknik niż bieg

Owszem, jeśli ktoś jest bardzo ambitny i mu zależy – może biec do mety co sił w nogach, zaraz po usłyszeniu słowa start. Sęk w tym, że nikt tutaj nie mierzy czasu ani pozycji, bo nie ma to większego sensu. The Color Run jest bardziej rodzinnym piknikiem, któremu bliżej do Ecco Walkathon niż typowej konkurencji sportowej.

Na wydarzenie może zapisać się absolutnie każdy, bo nie ma tutaj żadnych ograniczeń wiekowych. Dlatego na trasie spotykaliśmy rodziny z dziećmi, nierzadko prowadzące również dziecięcy wózek. Do „wyścigu” przyłączyć się też mogą rodzice, dziadkowie – absolutnie każdy, kto ma tylko ochotę.

the color run

the color run the color run

the color run

the color run

Zasada? Tylko jedna – baw się doskonale!

Do przebycia jest odcinek o długości 5 km, który możesz pokonać, jak chcesz – biegnąc, spacerując, tańcząc, czy czołgając się. Forma dowolna. Jak wspomniałem – nikt tutaj nie mierzy czasu, nie ma znaczenia również kolejność dotarcia do mety. No to skoro zatem „nie ma niczego”, to co jest? Ano jest za to kolor!

W różnych pakietach startowych The Color Run dostaje się różne, kolorowe proszki. To tak naprawdę tylko skrobia kukurydziana wraz z barwnikiem spożywczym. Te potraktować można niczym starter przed głównym daniem. Cała zabawa polega na tym, by do mety dotrzeć jak najbardziej… brudnym. W sensie – upaćkanym we wszystkie możliwe kolory tęczy. Proszek z pakietu startowego zatem sypie się gęsto i często jeszcze przed startem. Każdy chce być przecież kolorowy!

Dla tych, którym proszek szybko się skończy – jest jednak dobra wiadomość. W The Color Run chodzi o to, by dobrze się bawić, dlatego na odcinkach co kilometr są strefy, przez które trzeba przejść. Tam dosłownie aż dymi się od ilości magicznego, kolorowego pyłu! Na naszej trasie też było kilka takich przystanków: niebieski, zielony, żółty i fioletowy.

the color run the color run the color run

the color run

the color run

Wspomniałem już, że to przede wszystkim zabawa?

Na linii startu ustawiła się ze mną Lilka. Trochę się stresowała, bo mimo iż brała udział już w kilku biegach, to jednak to było dla niej pierwsze, zawrotne 5 km. Szybko jednak załapała, że całość może przejść swoim tempem. Wspomniane strefy z proszkiem traktowała za to, jak wielką atrakcję. Podczas gdy ja przez nie przebiegałem, ona zatrzymywała się, by mieć pewność, że została pokryta proszkiem cała!

the color run the color run

Na trasie jednak czekały na nas również inne niespodzianki. Ot, przejście przez stację z kolorową pianą, gdzie byliśmy atakowani armatką pianową, albo dmuchane przeszkody, przez które trzeba było się przeciskać. Najfajniejszy był fragment na wysokości wejścia do PGE Narodowego, gdzie stała dysza z wodą i absolutnie każdy przez nią przebiegał, by się nieco schłodzić. Ach – pomyśleć. że chwilę później była kolejna, proszkowa strefa, w której żółty pył tak chętnie przylegał do mokrego ciała… 😉

the color run the color run the color run the color run

Frajda, radość, uśmiech i zabawa!

Tylko takie przymiotniki cisną mi się do głowy, gdy myślami wracam do The Color Run. To fascynujące uczucie, gdy tysiące ludzi maszeruje – będąc ufajdanym tęczowym pyłem od stóp, do samego czubka głowy. Dorośli, dzieci, siostry i bracia – pokrewieństwo nie miało znaczenia. Tutaj każdy był życzliwy, na trasie ludzie się ze śmiechem zaczepiali – obrzucając się pozostałym w plecaku proszkiem, czy zagadując wesoło – porównując się, kto jest bardziej brudny. I to jest ekstra! No, a poza tym uczciwie przyznajmy – brudne dziecko, to szczęśliwe dziecko.

Miałem trochę obaw po powrocie do domu

Czy to się spierze? Czy to nie farbuje? Ok, powiedzmy sobie uczciwie. Na The Color Run podobnie jak na Runmageddon – nie zakłada się wyjściowych ciuchów. A nawet tych najlepszych, w których biega się codziennie. Tutaj lepiej przyjść w najgorszych butach i spodniach. Koszulkę i tak dają w pakiecie i równie dobrze można uznać ją za jednorazówkę. Z butów faktycznie ciężko było sprać tęczowe kolory, ale ubrania czy też skóra – absolutnie nie były trudne do umycia. Zwykłe mydło oraz woda i problem dosłownie spływa.

Nagroda? Jest tego trochę

Przede wszystkim medal – fantastyczny medal w jednorożca. JE-DNO-RO-ŻCA. Mów co chcesz, ale to przecież najlepsza rzecz pod słońcem! Lilka dosłownie nie mogła się od niego oderwać! Po drugie, chociaż zabrzmi to pompatycznie – satysfakcja. Dla tych małych dzieciaków, przebycie pięciu kilometrów jest ogromnym wyczynem i wielu z nich na mecie, jak słyszałem – było z siebie dumnych. I słusznie! Po trzecie – no hej, to serio miejsce, gdzie można brudzić siebie i innych na legalu! To jest prawdziwa nagroda!

the color run

Na uznanie zasługuje również organizacja i miasteczko biegowe. Organizatorzy naprawdę potrafili zachęcić do udziału, motywowali, a w miasteczku biegowym organizowane były konkursy, czy aktywności dla dzieci. Nie było również żadnych problemów z wodą – było jej pod dostatkiem zarówno na trasie, jak i na mecie. Ile kto chciał.

Trudno mi nie polecić tej imprezy. To najbardziej kolorowe wydarzenie w Polsce i nawet przechodnie niebiorący udział w imprezie się zatrzymywali i robili zdjęcia bądź nagrywali filmy. Nie dziwię im się – to wzbudza ciekawość, a przecież jeszcze fajniej jest, jak się w tym bierze udział.

Filip Turczyński

Fan technologii mobilnych oraz wyznawca chmury obliczeniowej. W wolnym czasie nie pogardzi dobrą grą. Prywatnie szczęśliwy mąż i ojciec. Lubi pyzy i kotlety mielone.

Chcesz więcej? Dołącz do grupy!

Spodobało się? Polub nas!