Strona główna » Powerun by Runmageddon – łatwy (ale trudny) miejski bieg z przeszkodami
powerrun by runmageddon

Powerun by Runmageddon – łatwy (ale trudny) miejski bieg z przeszkodami

10 kilometrów glorii i chwały albo 10 kilometrów wstydu i porażki.

Jeszcze całkiem niedawno w telewizji i na popularnej platformie VOD leciał program „Selekcja”. To trudna, wycieńczająca, kilkudniowa gra terenowa, sprawdzająca wytrzymałość fizyczną i psychiczną uczestników, którzy są doprowadzani metodycznie do skraju swojej wytrzymałości. Dobór uczestników do Selekcji polega na „preselekcji”, czyli w sposób podobny do rekrutacji służb na jednostki specjalne. Siłą rzeczy program był najchętniej oglądany przez mężczyzn, ale znam kilka kobiet, które również były nim zainteresowane.

Selekcja rozpalała wyobraźnię. Grupa ludzi (bo kobiety też biorą w nim udział i kilkanaście razy zdarzyło się, że przeszli ją łatwiej niż niejeden napakowany facet) niczym herosi pokonywała kolejne przeszkody, wyzwania, czy treningi – byleby dotrwać do końca. Każdy po obejrzeniu kolejnego odcinka sezonu chciał być jak ci uczestnicy – więc ludzie masowo zaczynali biegać, robić pompki czy przysiady. Wiele osób ćwiczy kilka lat tylko po to, by przejść Selekcję i udowodnić sobie siłę swojego charakteru i wytrzymałości fizycznej.

Znawcy uważają Selekcję za jedną z najtrudniejszych imprez plenerowych w naszym kraju.

Jednak mimo wszystko, jest to wydarzenie organizowane dla najbardziej zmotywowanych osób. Znając siebie – wyłożyłbym się już w piątej minucie i nawet nie odważyłbym się ćwiczyć, aby się tam dostać. 😉 Jednak dla własnej formy – ni z gruchy, ni z pietruchy – postanowiłem sobie rok temu zacząć biegać i tak trwa to do dzisiaj. To moja forma relaksu połączona z aktywniejszym i zdrowszym trybem życia.

Bieganie jest fajne – nie tylko dodaje sił, energii czy skutecznie relaksuje (bo można dosłownie spalić wszelkie stresy czy nagromadzone emocje), ale dzięki biegom organizowanym w najróżniejszych miastach – można też sprawdzić się na tle innych i dostać fajną pamiątkę w postaci medali.

Powerun by Runmageddon to zupełnie inna para kaloszy.

Runmageddon kusił mnie już w ubiegłym roku. Reklamowany jest hasłem „siła i charakter”, bo i  zawody są ciut inne, niż wszystkie, w których do tej pory brałem udział. Tym znacznie bliżej do preselekcji niż do typowego biegu na czas. Zadaniem uczestnika jest nie tylko przebiec w jak najkrótszym czasie wyznaczoną trasę, ale przede wszystkim – pokonać czekające na niej dodatkowe przeszkody. Ten bieg z przeszkodami wydaje się świetną zabawą, ale – jednak – dla odważnych. Kiedy zapytałem znajomych, czy ktoś brał w nich udział – większość mówiła, że o ile przebiec to nie problem, to przeszkody to jakaś masakra i nie podejmą się. Nigdy, przenigdy i w ogóle to bieg dla koksów.

powerrun by runmageddon powerrun by runmageddon

Pomyślałem, że Powerun by Runmageddon, czyli pierwszy miejski bieg z przeszkodami – to dobry początek.

Zdecydowanie krótszy dystans, mniej przeszkód i patrząc na zapowiedź – te ostatnie nie wydawały się bardzo trudne. Klasyczny Rumageddon ma 12 km i 50 przeszkód. Ten tutaj – 10 km i 10 przeszkód – wydawał się łatwizną. Na dodatek można w ogóle zrezygnować z pokonywania przeszkód. Pokonując jednak każdą z nich – zyskuje się dodatkową minutę odejmowaną od całkowitego wyniku. Mój plan na starcie był prosty: biegnę, zaliczam przeszkody i w rozsądnym czasie docieram do mety. Genialny prawda?

powerrun by runmageddon

Jak już się domyślasz – życie (i trasa) bardzo szybko zaczęły te założenia weryfikować. Już mniej więcej na drugim kilometrze stwierdziłem, że fajnie by było dotrzeć do mety z dobrym czasem. Na piątym kilometrze – fajnie by było po prostu dotrzeć. Na ósmym kilometrze – pozostać przy życiu. Powerun powoli, ale skutecznie odziera cię z bańki, którą człowiek sam sobie wytworzył. Wiesz, jak to jest – żona, córka, matka, kolega mówią ci, że za mało trenujesz – ale ty uparcie twierdzisz, że przecież wszystko jest ok i dasz radę. A ten krótki dystans uwypukla ci, jak bardzo się mylisz.

Powerun to prosta zasada – biegniesz jak najszybciej albo pokonujesz przeszkody.

Pierwszą przeszkodą, z jaką przyszło mi się mierzyć były Poręcze. Polegało to na tym, że przed tobą faktycznie są rozstawione szerokie poręcze, a ty musisz pokonać tę przeszkodę – nie dotykając nogami ziemi. Ku mojemu zaskoczeniu – ręce, na których się opierałem – wysiadły mi mniej więcej w połowie przeszkody. Zresztą nie tylko mi, przez co było mi mniej głupio. 😉 Niestety zasady są nieubłagane – powtórzyć nie można – zatem ruszyłem ku kolejnej przeszkodzie – do Helikoptera.

Helikopter to wspinaczka po około 6-metrowej drabince z łańcuchów, która giba się na wietrze.  Należało na nią wejść, uderzyć w dzwon i wrócić na dół. Jeśli ktokolwiek na tym odcinku uzyskał przewagę czasową, to ją właśnie stracił. Przeszkoda była bardzo czasożerna i… staliśmy do niej w kolejce. Mimo że wdrapując się na sam szczyt – wisiałem na niej prawie poziomo – udało mi się ją pokonać. Jednocześnie Helikopter uświadomił mi, że taktyka w Powerun jest bardzo ważna. Gdybym biegł na wynik – lepiej by było ominąć przeszkodę i biec dalej.

Myślisz, że później było łatwiej? Taa… było jeszcze trudniej.

Kolejne przeszkody to Wahliwa (przejście po skośnej ścianie z łańcuchów), X-Man (czyli skrzyżowane łańcuchy, oczywiście nie wolno dotknąć konstrukcji ani ziemi), Pole Dance (wspinasz się po linach na wysoką ścianę, a następnie zjeżdżasz po poręczy), Hope to Rope (wdrapywanie się na pochyłą ścianę używając do tego wyłącznie lin), Porodówka (czołganie się w błocie pod oponami), Multi Rig (łapiesz się obręczy i za pomocą siły rąk musisz przejść całą przeszkodę, nie dotykając przy tym ziemi), Ściana z łańcuchów (wspinasz się na szczyt ściany z łańcuchów, przechodzisz na drugą stronę i schodzisz), czy Killer Plank (wisząc nad ziemią, trzeba było przejść – trzymając się tylko belki).

powerrun by runmageddon powerrun by runmageddon

Chociaż bardzo bym chciał, by było inaczej, udało mi się zaliczyć jedynie pięć przeszkód. Jakby tego było mało – sama trasa była mocno wymagająca. Startowaliśmy pod fontannami, biegnąc bulwarami wiślanymi, potem nawrotka do Centrum Nauki Kopernik. Podłoże po drodze zmieniało się w asfaltowe, brukowane, czasem piaskowe. Na Kopernika po schodach – przebiegliśmy po dachu i schodami do ulicy Bednarskiej. Brukowaną dróżką pod górę – Krakowskim Przedmieściem do Barbakanu i do ulicy Mostowej, zawracając na fontanny. Na trasę zatem narzekać nie można. Z jednej strony – wspaniałe widoki, zróżnicowana, dająca masę satysfakcji, ale i wymagająca. Jednak to naprawdę najładniejsza trasa biegowa, w której brałem udział w Warszawie!

powerrun by runmageddon

Wstyd czy chwała?

Runmageddon to przede wszystkim walka samego ze sobą. Tutaj na każdym kilometrze zderzasz się z poczuciem porażki i woli walki. Tylko od ciebie zależy, co weźmie górę. Kilka razy czułem to pierwsze. W pewnym momencie było już chyba na tyle źle, że zarówno jedna osoba z obsługi, jak i medyk zapytali, czy mam siłę biec dalej. Musiałem zatem wyglądać okropnie.

Jednak doping na trasie i pokonanie którejś z przeszkód dodawało mi motywacji. Mój czas nie był spektakularny. Powiem więcej – był jednym z najgorszych, jakie do tej pory miałem. Czy jednak czuję z tego powodu wstyd? W żadnym wypadku! Sprawdziłem się. Nie tylko fizycznie, ale także psychicznie, bo część przeszkód wymagała nie tylko sprytu, ale i stalowych nerwów a do tego uwypukliła moje słabości. To doskonały sprawdzian sprawności fizycznej i samo to, że dotarłem do mety – jest dla mnie sukcesem.

powerrun by runmageddon powerrun by runmageddon

Chociaż ambicja i motywacja wyrywają się, by zapisać się do kolejnego Runmageddonu – rozsądek nakazuje poczekać. A przecież to raptem 10 przeszkód na 10 kilometrach.  Warszawskie wydarzenie dla wielu weteranów imprezy było taką tylko rozgrzewką, podczas gdy dla mnie stanowiło wyzwanie na granicy wytrzymałości. To nie jest tylko bieg – z punktu A do B. Tutaj, sprawdzianowi poddawane jest całe ciało, każda jego partia a przyznam, że przed udziałem tutaj nie myślałem o tym, by zadbać również o inne partie.

To nie zniechęcanie. Na Powerun by Runmageddon dostałem ogromny zastrzyk motywacji i świadomości o własnych ograniczeniach, których zapewne nie byłbym świadomy przy regularnym bieganiu. Teraz ostry trening i kto wie, może spotkamy się na trasie na jesieni lub w przyszłym roku?

Filip Turczyński

Fan technologii mobilnych oraz wyznawca chmury obliczeniowej. W wolnym czasie nie pogardzi dobrą grą. Prywatnie szczęśliwy mąż i ojciec. Lubi pyzy i kotlety mielone.

Spodobało się? Polub nas!