Jak obchodzi się Halloween w Slough?

halloween slough

Byłem, opisałem i jestem niepocieszony.

Mimo tego, że w Polsce pokutuje stanowisko „nie obchodzimy Halloween” – dużym zaskoczeniem była dla mnie wczorajsza liczba wyświetleń notki, z naszego wypadu do Farmy Dyń.
Rano z uśmiechem czytałem opinie o tym święcie wśród ludzi, podzielonych na dwa obozy: obchodzić i czemu nie obchodzić. Ciekawe czy w Andrzejki też się nie bawicie, a na balach przebierańców stoicie na bramce, zakazując wchodzić wszelkim wróżkom, czarodziejom, mumiom i demonom.

Jako dzieciak bawiłem się w wywoływanie duchów, jeszcze zanim stało się to modne.

Największy współudział w kultywowaniu tradycji wycinania dyń miała jednak moja nauczycielka od angielskiego. Do znudzenia w październiku na lekcjach powtarzała trick or treat”. Telewizja, prasa, a w końcu internet – pokazywały nam kulturę zachodu w ciekawym, kolorowym świetle. Miałem wrażenie, że cały świat się bawi, podczas gdy my musimy iść odwiedzać groby ludzi, w ciszy i skupieniu. Następnego dnia jednak moja złość mijała i chętnie zapalałem znicz na grobach bliskich, których nie znałem. Zajadałem się pańską skórką, która nie wiadomo jakimi brudnymi rękami była robiona i po odwiedzeniu setki grobów – czekałem, aż babcia przygotuje, rozgrzewające pyzy.

Spędzając tegoroczne święta w UK, trochę mi tego brakuje. Jednak to chyba bardziej tęsknota za moją żoną i córeczką, choć skłamałbym, mówiąc, że mi się tu przykrzy. Ostatnie dwa tygodnie obserwowałem wystawy sklepowe celebrujące Halloween, wśród których brakło jakichkolwiek zniczy. Masa kolorowych gadżetów – od czapek, do piniat w kształcie dyń, wampirów, szkieletów i limitowanych cukierków – zapowiadała fantastyczną zabawę na ulicach Slough.

halloween slough halloween slough halloween slough halloween slough

W rezultacie – postanowiłem przebrać się za Polaka i nic nie kupiłem. Wyszedłem na miasto i…

Cóż, w sumie to nic. Więcej dyń widziałem u znajomych na Facebooku niż tu. W Slough żaden dom nie był przystrojony i byłem totalnie rozczarowany, że nie mam żadnego materiału. Kilkoro dorosłych miało przypięty do kurtek kwiat maku – symbol szacunku dla zmarłych, w Wielkiej Brytanii kojarzony ze śmiercią i cmentarzami. Taki odpowiednik naszej chryzantemy.

Kiedy poszedłem do sklepu (który miał dekoracje chyba tylko dla zasady) – przysłuchałem się rozmowie sprzedawców, którzy stwierdzili, że nikt tutaj nie planuje żadnych zabaw. Jedynie okoliczne kluby organizują dyskoteki. Wyszło, że powstała burza w szklance wody o pięcioro dzieciaków przebranych za diabełki. Na swoim osiedlu także nie obserwuję, nie wiadomo jakiego nawału ludzi – przebranych za upiory.

Nawet jeśli moda na wesołe przeżywanie śmierci wpije się coraz mocniej w kulturę Polski – nie będę miał nic przeciwko. Mało mamy wesołych świąt i nie przeszkadza mi, że wzięliśmy sobie latającego z gołą dupą Amora i szczerzącą się dynię. Zdecydowanie bardziej od zapożyczonych tradycji wkurza mnie stawianie wszędzie krzyży i wpajanie wszystkim, że nasza konstytucyjna wolność ma być zamknięta w ramach kościoła.

O autorze

Filip Turczyński

Fan technologii mobilnych oraz wyznawca chmury obliczeniowej. W wolnym czasie nie pogardzi dobrą grą. Prywatnie szczęśliwy mąż i ojciec. Lubi pyzy i kotlety mielone.