Strona główna » Listy do M 3 – to już było, ale chcemy więcej?
listy do m3 recenzja

Listy do M 3 – to już było, ale chcemy więcej?

Kolejne części Listów do M stały się takim trochę Kevinem – filmem, na który się czeka pod koniec roku i idzie się obejrzeć, aby wprowadzić się w radosny, świąteczny nastrój. Czy tym razem się udało?

Kiedy na ekrany wchodziła część pierwsza Listów do M, nawet ja nie spodziewałam się, jak wielką ich fanką zostanę. No wiecie, z całym szacunkiem do polskiej kinematografii, ale jednak była to tylko polska „odpowiedź na” Love Actually. Przeważnie, kiedy pada to hasło, możemy się spodziewać kina co najwyżej przeciętnego. Tym bardziej że zderzenie z kultowym już filmem, jakim jest To właśnie miłość – wydawało się wtedy rzeczą niemożliwą do osiągnięcia.

Mimo podobnej konstrukcji filmu – a więc historie 4 rodzin, które się wzajemnie przeplatają – film Listy do M okazał się naprawdę udany. Na tyle, że teraz co roku w okolicy świąt gości na moim srebrnym ekranie. To jedna z tych produkcji, którą puszczam sobie od połowy grudnia, aby poczuć zapach choinki, zobaczyć te kolorowe pudła prezentów i zwykłych ludzi, którzy zawsze wyglądają elegancko i dobrze, a nawet jak są bezdomnymi, to wyglądają prawie jak Dziewczynka z zapałkami. Listy stały się moją obowiązkową pozycją tuż obok Kevina czy Czterech Gwiazdek.

Mając w pamięci właśnie część pierwszą, która wręcz malowniczo, podniośle, elegancko i wzruszająco idealnie pokazuje okres przygotowań do świąt, (gdzie w moim rodzinnym domu panuje kontrolowany chaos i pośpieszna radość, bo wszyscy migiem rozchodzą się do „nowych” rodzin) byłam jednak nadal rozczarowana częścią drugą. Ta oprócz absurdów występujących w filmie (kto pamięta Zakościelnego ganiającego za owcą?) była dodatkowo mocno depresyjna. Normalnie, gdy wychodziłam z kina, to chciało mi się płakać. 😉

Dlatego długo rozmyślałam nad tym, czy na trójkę w ogóle chcę iść.

Jednak Listy do M są trochę takim naszym narodowym dobrem. Wypada iść do kina, nawet jeśli miałyby okazać się gniotem.

I tak oto jeszcze przed 11 listopada znalazłam się w fotelu sali kinowej. Trochę głupio, bo nie czuje po sobie świątecznej gorączki, a w sklepach dopiero nieśmiało pokazują się dekoracje z zeszłego roku. W trakcie projekcji jednak już było widać, że film wraca do tego, co najlepsze. Do swoich korzeni. A robi to na tyle sprawnie, że tak naprawdę, jeśli ktoś nie oglądał części drugiej, to w zasadzie mógłby ją pominąć, a cała historia dalej byłaby sensowna. Szybko dałam się ponieść i wczułam się w klimat.

listy do m3 recenzja listy do m3 recenzja

listy do m3 recenzja

Prócz stałych krajobrazów jak warszawska starówka i obowiązkowa Arkadia – twórcy otworzyli się również na nowe lokacje. Teraz akcję obserwujemy nie tylko z Warszawy, ale i z malowniczego Piotrkowa Trybunalskiego (przynajmniej na filmie, bo nigdy nie byłam, ale po tych kilku scenach chyba się wybiorę). Do tego obowiązkowe ujęcia polskich lasów kręcone z drona oraz oczywiście znane nam już mieszkania naszych bohaterów. Całość jest – jak to przystało na tego typu filmy – bajkowa i miejscami można odnieść wrażenie, że nawet śnieg jest tutaj bardziej biały niż w Zakopanem. 😉

Z drugiej strony mamy również oprawę dźwiękową. Jest ona stonowana, nienużąca i nieprzeszkadzająca. To akurat może stanowić pewną wadę, bo w soundtracku części drugiej wykonanej przez Tabb&Sound Grace można było się zakochać.

Fabularnie zaś – Listy do M 3 to standard.

Scenarzyści i reżyserzy nie porwali się na jakieś zaskoczenia czy odkrywczość. Z Listów do M 3 wyleciały wątki wprowadzonych postaci w drugiej części. Nie zobaczymy też Mikołaja Koniecznego (Stuhr) czy przezabawnej i trochę fajtłapowatej Doris (Romy Gąsiorowskiej), których ciężko odżałować. Na ich miejsce wskoczył m.in. Bory Szyc.

Nowe wątki miłosne to taka typowa fabularna komedyjka, gdzie on się jąka, ona się jąka, bo zakochali się w sobie od pierwszego wejrzenia. Ciężko więc coś więcej powiedzieć, bo trudno oczekiwać, aby nowo poznane postaci szprechały od razu Szekspirem. Obserwując ich, nie mogłam odnieść wrażenia, że te schematy, nawet cały pomysł na ich romans już się gdzieś widziało. Trochę szkoda.

Aktorzy jednak dobrze grają mimiką, gestykulacją i mimo wrażenia, że „już to widziałam”, film ogląda się całkiem przyjemnie. Sytuację ratują też historie par, które są z nami od pierwszej części. Ich wątki naturalnie się rozwijają i z przyjemnością można podejrzeć, co też znowu im się przytrafiło tym razem.

listy do m3 recenzja listy do m3 recenzja

listy do m3 recenzja

1>3>2

Patrząc na tę nielogiczność na górze – tak uszeregowałabym całą trylogię. Wiecie, prawda jest taka, że Listy są takim przypadkiem, że niezależnie od tego, co się o nich napisze – to i tak wypada zobaczyć. A nawet jeśli nie oglądać z pełną uwagą, to spokojnie można je nastawić w tle np. podczas obiadu w pierwszy lub drugi dzień świąt. Bo mimo iż trzecia część nie jest jakoś wybitnie udana, nie jest też na szczęście tak słaba, na jaką się nastawiałam.

To po prostu taki rzemieślniczy film. Przyjemny, poprawnie skonstruowany, do którego będzie się wracać co roku obok Kevina, ale po tym, jak wyświetlą się napisy końcowe, to bez bólu przełączy się na inny kanał.


Film obejrzany dzięki uprzejmości Cinema City.

piraci z karaibów zemsta salazara recenzja

Klaudyna Turczyńska

Nie może usiedzieć w miejscu, każdy weekend spędzałaby w trasie. Pasjonatka fotografii. Lubi odpoczywać na wsi, ale kocha miasto. Łatwo odnajduje się w każdej roli i nie potrafi spędzać czasu bezczynnie. Czasem można ja spotkać, jak pilotuje z dzieckiem samolot i bazgra kredą po chodnikach, malując kotki. Nie żyje bez kawy.

Spodobało się? Polub nas!