Listy do M 2 – recenzja filmu

listy do m2 recenzja

Nowa część Listów miała przed sobą ogromnie trudne zadanie. W końcu sama wytwórnia, bez kozery przyznaje, że część pierwsza jest najlepszą komedią polską od 25 (!) lat. Czy sequelowi udało się utrzymać jej poziom?

Nie będę ukrywać, że nie przepadam za polskimi filmami, bo albo mają kretyńską fabułę, albo… mają beznadziejny dźwięk. Serio – nie wiem, jak to się dzieje, że rodowite wytwórnie potrafią nawet najlepszy film zarżnąć marnym udźwiękowieniem. Albo muzyka jest kompletnie od czapy, albo głosy aktorów są ledwo słyszalne i bez napisów nie jestem w stanie odgadnąć, co kto powiedział. A przyznacie, że oglądać film polski, po polsku z polskimi napisami – to jest już małe przegięcie.

„Listy do M 2”  pod tym względem naprawdę się postarały. W tle słyszymy przejmujące pastorałki i świetnie dobrane kolędy, wprowadzające w melancholijny, świąteczny nastrój. Słuchając ścieżki dźwiękowej z filmu, od razu wyobrażamy sobie śnieg za oknem, nieśmiało migoczącą choinkę w kącie i siebie zawiniętych w kocyk z parującym kubkiem gorącej czekolady w ręku. Mamy też romantyczny, wpadający w ucho kawałek „Nadzieja” zespołu Tabb and Suund’n’Grace, który spodziewam się, że niedługo opanuje wszystkie stacje radiowe.

Jeśli chodzi o scenografię, to jestem naprawdę dumna, że Warszawa pokazana została z tej „lepszej” strony. Zdjęcia są naprawdę niesamowite, pełno tam świątecznej magii i atmosfery. Oczywiście jasne jest, że tu i ówdzie dla efektu dodano trochę śniegu – ale serio, stolica wypada naprawdę korzystnie i nie ma wstydu. Najlepsze jest to, że to, co pokazane na filmie, faktycznie od grudnia będzie dostępne dla wszystkich. A więc jeśli marzy wam się lodowisko na starówce, czy przejście się uliczkami wypełnionymi ledowymi łańcuchami – to nie malowanie trawy na zielono i faktycznie, tak to wygląda w rzeczywistości.

listy do m2 recenzja

listy do m2 recenzja

Niestety to, że film jest ładny to chyba wszystko, co mogę pozytywnego o tej komedii powiedzieć. Oczywiście, jeśli rozpatrujemy ją w formie komedii (bo jeśli oceniać film jako dramat – byłby naprawdę dobry). Polską produkcję w wydaniu amerykańskim, przygniotła… polska, szara rzeczywistość.

Fabuła to dramat

Fabuła części drugiej dzieje się w cztery lata po ostatniej Gwiazdce i  skoncentrowana jest na dalszych losach głównych bohaterów. Producenci, by mieć pretekst do rozpoczęcia historii, wybrali w mojej ocenie najgorsze możliwe rozwiązanie. Okazuje się, że postacie, którym się „udało”, mają teraz kłopoty, zżera ich rutyna dnia codziennego lub przeżywają osobiste tragedie. Ich wątki wcale nie są radosne ani zabawne. Aby rozładować napięcie, twórcy trochę na siłę wcisnęli tu dwa nowe wątki – mamy więc w obsadzie m.in. amanta Zakościelnego, sfrustrowaną Małgorzatę Kożuchowską i atrakcyjną Martę Żmudę Trzebiatowską. Nowi bohaterowie są bardzo jednostajni i choć przy scenach z Zakościelnym czasami można się uśmiechnąć, to po prostu przez scenariusz – potencjał aktorów nie został wykorzystany.

listy do m2 recenzja

listy do m2 recenzja

Film z komedii stał się wyciskaczem łez, i to bynajmniej nie ze śmiechu. Zamiast klimatu świąt, zostajemy przeładowani problemami fikcyjnych postaci. Pod koniec mamy wrażenie, że święta są do dupy i nie zostało nam nic innego jak się powiesić. I to może byłoby okey, gdyby to była zupełnie świeża produkcja, albo skupiona tylko na nowych bohaterach, a nie na rozwinięciu poprzednich wątków.

listy do m2 recenzja

W mojej opinii legenda „Listów” polegała na tym, że widzom daje się nadzieję. W części pierwszej ma się wrażenie, że niezależnie od tego, co dzieje się przez cały rok – magia wieczoru wigilijnego sprawia, że można to odwrócić, bądź naprawić. Dwójka skupiona jest na odbieraniu tej nadziei. Pokazuje, że ludzie sztucznie się uśmiechają w czasie Gwiazdki, a potem życie toczy się jak dotychczas. Problemy wcale nie giną, a jeszcze narastają. To bardzo smutna puenta dla widzów. Nawet jak ktoś jest szczęśliwy, to zawsze kosztem szczęścia drugiej osoby.

Po „Listach do M2” oczekiwałam familijnego kina, trochę kiczowatego – radosnego happy endu i historii wprowadzających w świąteczny nastrój. Chciałam zostać zarażona pozytywnym myśleniem, a tymczasem z kina wyszłam strasznie przygnębiona i chciało mi się płakać. I to jest właśnie największa wada tej komedii. Jest to bowiem zaskakująco dobry polski dramat, który wzrusza do łez.

O autorze

Klaudyna Turczyńska

Od jakiegoś czasu na trzecie mam „Mama”. Na co dzień jestem animatorką, nauczycielką i aktorką – czasem zdarza mi się pilotować samolot i gryzdać kredą po chodnikach.