Strona główna » Kolacja w ciemności – czy warto zapłacić za jedzenie, którego nie widziałeś?
kolacja po ciemku

Kolacja w ciemności – czy warto zapłacić za jedzenie, którego nie widziałeś?

Czy jesteś w stanie zaskoczyć swój żołądek i zjeść coś niecodziennego w restauracji nie sugerując się wzrokiem, czy przyrządzone danie, chociaż wygląda na zjadliwe ?

Aby odpowiedzieć sobie na pytanie postawione w temacie, należy omówić najpierw zupełnie inną kwestię.

Po co idzie się do restauracji?

Pierwszym co przychodzi mi na myśl to po to, aby miło spędzić czas w dobrym towarzystwie przy jedzeniu, którego nie muszę gotować. Ktoś za mnie wykona całą czarną robotę, a ja tylko zjem i łaskawie pochwalę. W najgorszym razie skrytykuję. No ale chociaż nie będę musiała nastawiać zmywarki.

Odpowiedź dłuższa?

Kocham jeść. Życie na wiecznej diecie, na której do końca życia mam się zachwycać liściem sałaty wydaje mi się strasznie smutne i ubogie. To pewnie między innymi dlatego jestem gruba. Cóż – uwielbiam pięknie podane jedzenie, o zniewalającym zapachu. Lubię być zaskakiwana smakiem. Ba, nawet gotując w domu codziennie – robię inne danie, bo nie cierpię jeść dwa razy z rzędu tego samego. No, chyba że to czekolada. Jej się wybacza.

A gdyby tak wybierać restauracje pod względem przeżyć? No, ba! Na blogu już trochę tego było. Można wybierać ekstrema np. pójść w miejsce, gdzie serwują największego burgera. A może poczekać, aż napoje dowiezie nam zabawkowa ciuchcia? Albo tam, gdzie towarzyszą nam koty? A może po prostu mamy ochotę pochwalić się znajomym fajnymi zdjęciami smacznych deserów albo zjeść w nagrodzonej gwiazdką restauracji. Istnieją też opcje z romantycznym widokiem np. Karczma Szymkówka z widokiem na góry. No dobra… a gdyby tak iść do restauracji i zapłacić za danie, które owszem zjesz, ale go nie zobaczysz?

kolacja po ciemku

Jedzenie po ciemku wydaje się głupie?

Nie będę kłamać – kiedy pierwszy raz usłyszałam o Dine in the Dark, to wyobraziłam sobie siebie, jak pięknie uwalam sosem swoją śnieżnobiałą bluzkę i orientuję się o tym fakcie, dopiero kiedy ktoś zapala światło. Nie, nie, nie! Potem poszłam na Niewidzialną Wystawę. To taka „galeria”, gdzie chodzisz po pomieszczeniach przypominających mieszkanie, ale zwiedzasz ją w całkowitych ciemnościach. Przez około godzinę kompletnie nic nie widzisz. I właśnie tam kupiłam sobie ulubionego batona, który po ciemku kompletnie nie miał smaku. Nie wiem czemu, bo kiedy oglądam filmy na takim Netflixie, a wtedy też mam ciemno, to smak jest w porządku. No w każdym razie po jednym gryzie oddałam go Filipowi, stwierdzając, że teraz słodycze jem tylko z zawiązanymi oczami.

A tak serio – wówczas płacenie, za jedzenie którego nie widzę, wydało mi się stratą pieniędzy. A co jak kuchnia nawali? To wcale nie jest takie trudne. Często nam się zdarzało, że dostaliśmy ładne danie, które niestety nie było zjadliwe. No ale chociaż napawaliśmy jeden ze zmysłów.

kolacja po ciemku

Zdecydowało to, że do takich miejsc, jak Kolacja w Ciemności nie chodzi się codziennie. Tak naprawdę idziesz tam raz, ale do końca życia wspominasz, jak było!

A jak było?

W samej Warszawie jest co najmniej kilka miejsc, gdzie można zjeść obiad w egipskich ciemnościach. My byliśmy w Restauracji Borpince. Na co dzień w tym miejscu serwowana jest kuchnia węgierska i można bez problemu wejść tu wprost z ulicy. Rezerwacja na Dine in the Dark odbywa się przez stronę internetową. Wersja VIP dla dwojga to koszt ok. 300 zł. Oprócz przystawki, głównego dania i deseru – w cenie czekają tu na nas zimne napoje i kieliszek wina.

Kiedy dotarliśmy na miejsce, wszyscy z gości zostali zaprowadzeni do jednej sali w podziemiach. Tam (jeszcze przy świetle kinkietów) animator opowiedział pokrótce – na czym będzie polegało doświadczenie. Nakazał także wyłączyć wszelkie smartwatche, komórki i inne sprzęty, które emitują światło. Kelnerzy poruszają się po sali za pomocą noktowizorów, choć słyszałam, że w niektórych miejscach Polski spotkać można także po prostu niewidomych kelnerów. Jeśli mamy ze sobą torebki, bagaże i inne drobiazgi, które mogłyby nam przeszkadzać – zostawiamy je w sali, do której dostęp ma tylko obsługa lokalu.

Następnie zostajemy pogrupowani w mniejsze grupki i dostajemy polecenie, by złapać osobę przed nami za ramię. Prowadzeni przez kelnera trafiamy do idealnie wyciemnionego pomieszczenia. O to zresztą nietrudno, bo w tych podziemiach nie ma okien. Kelner nasze dłonie prowadzi na oparcie krzesła, nieporadnie siadamy i czekamy. Dopóki partner się nie odezwie, nawet nie wiemy czy wylądował koło nas, czy gdzieś indziej. Filip pozbawiony światła zaczął się do mnie wydzierać praktycznie od razu:

-Ale dziwnie! Jesteś tu?

No byłam. I dzielnie odpowiadałam na to denne pytanie, które tej nocy pojawiło się jeszcze klika razy. To pewnie jakiś efekt ubocznych wcześniej licznie odwiedzonych Horror House’ów.

Kiedy wszyscy zostali doprowadzeni do swoich miejsc – prowadzący wydarzenie powiedział, że sztućce są po lewej, a szklanka po prawej i można jeść. Po dłuższej chwili, kiedy wymacałam talerz -doszłam do wniosku, że w sumie sztućce nie są tu za bardzo potrzebne. Na pięć łyżek podniesionych do ust – cztery okazywały się puste.

Zgodnie z tym, co życzyli sobie goście: opcja wegetariańska, z mięsem lub rybą – na stół każdego trafiało to, co sobie zażyczył. Razem z Filipem wybraliśmy sobie wersję z rybą. Do samego końca nie wiedzieliśmy, czy dostaliśmy to samo. Wcześniej oczywiście pojawiły się przystawki. Przykładowe danie możesz zobaczyć poniżej.

kolacja po ciemku

No to był szał! Wymacany talerz odbiegał od wielkości dania.  Było to dla mnie trochę zaskakujące, że po ciemku mi to przeszkadza.  Nie było jak oceniać finezji kucharza, a jedyne co odczuwałam to intensywny zapach, konsystencja i smak, który często nie współgrał  z tym drugim. Na sali szybko zapanowała ogólna wesołość. Ewidentnie ludzie częściej kroili talerz niż samo jedzenie. A może kroili obrusy? Ciężko stwierdzić.

Faktem jest, że moje rozważania na ten temat przerwał dźwięk tłuczonego szkła. Tak, na podłogę poleciał kieliszek od wina. Ponoć dopiero dziewiąty, odkąd w Borpince serwowane są dania po ciemku. Winowajca się nie zgłaszał i mimo iż słyszałam, jak obsługa tuż obok zamiatała resztki zastawy, w duchu modliłam się, by moje szkło stało cały czas obok mnie. Delikatnie wymacałam róg stołu – był! Uff!

Po zjedzeniu każdego z dań animator dawał chwilę na rozważania, co pojawiło się na naszym stole. Pomiędzy tym pojawiały się mini gry. Animator, który był po prostu czerwoną kropką noktowizora – bez problemu potrafił rozbawić swoją publiczność. Wygłaszał swoje przemowy z dużą dawką humoru i mimo że pewnie przewodzi takim kolacjom non stop – nie miało się wrażenia, że powtarza w kółko te same, wyuczone żarty. Ogólnej wesołości towarzyszyły liczne pytania kierowane z różnych końców sali:

-Przepraszam, bo ja mam takie głupie pytanie… Czy zjadłem już wszystko?

Dziwnie było jeść to, co przypadkowo nawinęło się na widelec. Kiedy jesz „normalnie” – nakładasz sobie trochę sałatki, później kęs ryby i może ziemniaczka. Ja miałam wrażenie, że z talerza zrobiła mi się wielka breja. Wszystko było smaczne, czasem pikantne, czasem chrupiące i pełne aromatu. Jednak kiedy każdy zgadywał, co tak właściwie jadł – zupełnie zgłupiałam. Ile stolików, tyle odpowiedzi. Do końca nie wiesz, czy jesz to samo, czy każdy dostał co innego. Dlatego fajne jest to, że po skończonej kolacji prezentowana jest każda potrawa. Mój mózg zdecydowanie zaprzeczał, że jadł te dania. Okazało się, że bez wzroku smaki odczuwałam kompletnie inaczej, ale również gramatura tych dań wydawała mi się inna. Niesamowite doświadczenie!

Kolacja w ciemności – dla kogo?

Kolacja po ciemku ma niewątpliwie kilka zalet. Po pierwsze – to idealne miejsce na pierwszą randkę. Nie musisz się na nią przesadnie malować (ani ubierać), bo twój towarzysz w gruncie rzeczy i tak cię nie zobaczy. Po drugie, jeśli zacznie ci się nudzić, możesz w sposób dosłownie niezauważony opuścić lokal i twój amant nawet tego nie zauważy. Ewentualnie możesz pójść spać. Po trzecie, jak gada głupoty – możesz do niego robić totalnie głupie miny, a on dalej będzie przekonany, że z uwagą i pasją go słuchasz. Wiesz co? Cofam to, co powiedziałam! To nie tylko idealne miejsce na pierwszą randkę, ale także dla małżeństw z długim stażem!

Będąc jednak przez chwilę poważnym, musisz wiedzieć, że miejsca takie jak Dine in the Dark to prócz atrakcji, która ma za zadanie nas rozbawić do łez (bo naprawdę można się uśmiać!), ma nam uświadomić jak trudno jest osobom niewidomym wykonywać z pozoru proste czynności takie jak jedzenie. Ja odkryłam również, że powiedzenie, iż wzrokiem się je, nie jest takie do końca bezpodstawne. My nie tylko się nim najadamy, ale również potrafimy ocenić wielkość, smak czy atrakcyjność danego dania. W tej restauracji równie dobrze mogli nam podać losowe rzeczy a na końcu pokazać dania zupełnie inne i prawdopodobnie też bym uwierzyła. No ale cóż, tego się nie da ani pokazać, ani opisać. To trzeba zwyczajnie przeżyć!

Dine in the Dark

Kolację po ciemku zarezerwujesz na tej stronie, w zależności od miejsca zamieszkania zostaniesz przekierowany w inne miejsce 🙂
www.dineinthedark.pl

Klaudyna Turczyńska

Nie może usiedzieć w miejscu, każdy weekend spędzałaby w trasie. Pasjonatka fotografii. Lubi odpoczywać na wsi, ale kocha miasto. Łatwo odnajduje się w każdej roli i nie potrafi spędzać czasu bezczynnie. Czasem można ja spotkać, jak pilotuje z dzieckiem samolot i bazgra kredą po chodnikach, malując kotki. Nie żyje bez kawy.

Spodobało się? Polub nas!

Chcesz więcej? Dołącz do grupy!