Strona główna » Przeszkodowy Bieg Hutnika – najdłuższe i najbardziej hardcorowe 7 km w moim życiu
bieg hutnika

Przeszkodowy Bieg Hutnika – najdłuższe i najbardziej hardcorowe 7 km w moim życiu

Przeszkodowy Bieg Hutnika odbywający się w hucie ArcelorMittal to pierwszy bieg, z którego chciałem uciec tuż przed startem!

W 2012 roku w telewizji TVN wyświetlano program Selekcja, który dziś można obejrzeć na platformie Player. Program ten jest sprawdzianem dla śmiałków, którym niestraszny jest nadludzki wysiłek, mordercze tempo, zmęczenie, ból oraz notoryczny brak snu. Ten morderczy sprawdzian trwa pięć dni i ze stu śmiałków – Selekcję kończy pięć, może siedem osób. W historii całego programu ukończyło go raptem kilka kobiet. Pamiętam, że oglądałem niegdyś ten turniej z zapartym tchem, podziwiając ludzi, którzy spróbowali w nim swoich sił. To nie tylko sprawdzian siły i umiejętności, ale również ducha.

Bieg Hutnika to właśnie taka „Selekcja dla cywili”

A przynajmniej tak go bym po dzisiejszym wydarzeniu określił, gdy już z trudem, po prawie 2 godzinach morderczego treningu – w końcu przekroczyłem metę. Zacznę jednak od początku.

Kilka tygodni temu, Klaudyna wertując ogłoszenia w sieci – natrafiła na Przeszkodowy Bieg Hutnika. „Ej, Filip. Może weźmiesz w nim udział?”. „No jasne” – pomyślałem sobie, bo przecież co jak co, ale w hucie stali jeszcze nie biegałem. Siedmiokilometrowy odcinek pyknę w czterdzieści minut, to jeszcze na obiadek zdążę wrócić. O, no i jest też bieg dla dzieci! Lilka zachwycona Runmageddonem też nie wahała się nawet przez moment. Rejestracja zajęła chwilę, przelew też i tak zaklepaliśmy swoje miejsca na starcie.

I o Biegu Hutnika zapomniałem, aż do dnia startu. I to był błąd.

Wiesz, rejestrowanie się na coś pod wpływem chwili – nie wczytując się zanadto w organizację imprezy, uważam za moje delikatne „faux-pas”. Wiedziałem, że będą „jakieś” przeszkody, więc wzruszyłem ramionami i czekałem do dnia wyzwania. Tymczasem wchodząc na teren bielańskiej huty – już z daleka widać było kilka przeszkód, które zasiały ziarno niepewności w mojej zdecydowanej postawie sportowej. Ta jednak ulotniła się w momencie, gdy zauważyłem wielką ciężarówkę z dwoma kontenerami wypełnionymi lodowatą wodą. To znaczy, ja nie mam nic przeciwko kąpieli, ale akurat na dworze było raptem 2 stopnie ciepła, a nie byłem jeszcze psychicznie przygotowany na morsowanie.

Bieg Hutniczka – bieg dla dzieci z przeszkodami

Na szczęście mogłem to odsunąć w czasie. Pierwsza bowiem biegła Lilka w Biegu Hutniczka. Na swojej trasie miała kilka przeszkód. Musiała przeskoczyć przez drewniane zapory, podciągnąć worki z piaskiem, czy uniknąć wilczych dołów. Nie straszny jej był również bieg przez opony, czy pokonanie ściany wspinaczkowej. Cała trasa miała 600 metrów i był naprawdę fajną, udaną zabawą. Dzieciaki dosłownie uwielbiają tory przeszkód i nie było chyba żadnego malucha, który dotarłby do mety niezadowolony. Szczerze podziwiam te dzieciaki!

bieg hutnika bieg hutnika bieg hutnika

Tymczasem we mnie narodziły się wątpliwości

Pomiędzy biegiem Lilki a moim startem, miałem grubo ponad godzinę. Aby wytracić go trochę – ruszyliśmy z Klaudyną spacerkiem po terenie huty, by zobaczyć – co tak właściwie mnie czeka. Poza wspomnianymi kontenerami dostrzegłem jeszcze kilka innych przeszkód. Ot, popularny multiring, gdzie trzeba niczym Tarzan trzymać się rączek i siłą rąk pokonać całą trasę. Przebiegnięcie po wagonie wyglądało przy tym, jak pestka, a jeszcze zauważyłem zwykłe ringi, czyli to, co jest i na placach zabaw – taka pozioma drabinka, co też trzeba było ją pokonać siłą rąk.

Nie martwiłem się o dystans. W nogach siła była, ale zwyczajnie wymiękałem na myśl o tych kilku posterunkach. A teren nie pozwalał na zapoznanie się ze wszystkimi atrakcjami! Uczciwie przyznam, że miałem chwilę słabości i naprawdę chciałem stamtąd uciekać. Nie przygotowywałem się jakoś fizycznie, a utrudnienia wydawały się nie do pokonania.

bieg hutnika

Mimo piętrzących się wątpliwości – postanowiłem spróbować. I nie żałuję, chociaż było wyjątkowo trudno!

Na początek zasady. Każdy z uczestników wyposażony jest w chip pomiarowy (jak w tradycyjnych konkurencjach biegowych) oraz opaskę. Opaskę mamy dopóty, dopóki pokonujemy wszystkie przeszkody samodzielnie. Gdy którejkolwiek nie udaje nam się przejść – opaskę musimy oddać, a uczestnik nie jest już klasyfikowany w klasyfikacji medalowej. Zatem cały siedmiokilometrowy odcinek trzeba pokonać nie tylko sprawnie, ale również zaliczając każde wyzwanie. A co, gdy nie chcemy podchodzić do któregoś z nich? Wówczas prócz oddanej opaski – na uczestnika czeka również sroga „kara”. Jest to 30 „komandosów”, czyli pompka z wyskokiem. Fajnie, prawda?

bieg hutnika

Z linii startu ruszyliśmy punktualnie o 11:30 i w ciągu kilkunastu metrów natrafiliśmy od razu na trzy pułapki. Najpierw w kłębach czarnego dymu trzeba było pokonać ścianę z opon, by następnie zmierzyć się z drewnianą ścianą i odcinek zakończyć czołganiem się przez zasieki z drutów kolczastych. Gdy to udało mi się pokonać – poczułem odrobinę wiary w siebie. Wszak, nie wygląda to tak ciężko, a przede mną – wydawałoby się – prosty odcinek, który można było pobiec ciut szybciej.

bieg hutnika

bieg hutnika

bieg hutnika

Nic jednak bardziej mylnego! Zaraz za zakrętem czekały na nas wilcze doły – z jednej strony usypana górka żwirowo-kamienna, by zaraz za nią znajdował się dół głęboki na około metr, gdzie jego dno wypełnione było wodą i błotem. Wtedy też zorientowałem się, że aby myśleć o dotarciu do mety – trzeba naginać zasady. Skoro nie można przekraczać linii biegowej oznaczonej pomarańczową szarfą, to naciągając ją – można ów dół ominąć z lewej, bądź prawej strony. I tak robiło wielu z nas, by tylko uniknąć wskakiwania do wspomnianych dziur.

Nieuczciwe?

Docierając do kolejnej pułapki, byliśmy zgrzani i wykończeni od samego wbiegania po tych górkach! Tymczasem czekało na nas przeskoczenie przez ogrodzenie. A dokładniej – dwa. Potem długa prosta wprost na kolejne zasieki, ale tym razem trzeba było czołgać się pod górę. Jednak zamiast piachu – podłoże tutaj składało się ze żwiru i kamieni. Chwila wytchnienia do Komandosa, czyli drewnianej ściany z liną, po której trzeba było się wspiąć. Raptem kilkanaście metrów za nią była konstrukcja podobna do wieży, gdzie z jednej strony się wspominało, by z drugiej schodzić po drabinie. Następnie, by się z niej wydostać – trzeba było się czołgać.

bieg hutnika bieg hutnika

Następny kilometr to względny relaks

Zaskakujące prawda? Kręta trasa wiodła nas ścieżkami składającymi się z kamieni, fragmentów żelaznych części i szkła – do równoważni, przez basen wodny. Tam na szczęście nie trzeba było moczyć nóg, tylko wygodnie biegliśmy wprost przez mostek. Dla części z nas był to fragment, który można było pokonać spacerem i zwyczajnie zregenerować siły. Tak naprawdę nie zdawaliśmy sobie jeszcze sprawy z tego, że to dopiero 1/3 trasy, a wielu miało już dość!

Myślałem nad tym, by wykorzystać ten moment, by trochę nadrobić straconego czasu – jednak trasa wiodła dokładnie po torach kolejowych, a podkłady skutecznie utrudniały szybsze tempo biegowe. Do tego – na horyzoncie w oddali widać było światła nadjeżdżającego pociągu, który dość głośno gwizdał. Ten na szczęście nie jeździ konkretnie po tej trasie, ale potrafił nieco zaszokować.

bieg hutnika bieg hutnika

Potem krótki odcinek przez trasę pełną pokrzyw, zakończoną trzema kontenerami na odpady. Na szczęście były puste, ale znów wielokrotnie trzeba było się podciągnąć i opuścić, co dosłownie wymęczało organizm. Bieg przez pracującą pełną parą hutę był odcinkiem naprawdę ożywczym. Wówczas miałem doskonałą wymówkę, by zwolnić i nabrać oddechu. Wszak niecodziennie mam okazję oglądać takie hale przemysłowe od środka. Pozwoliło mi to na zastanowienie się, co tak naprawdę mnie jeszcze czeka.

bieg hutnika bieg hutnika

bieg hutnika bieg hutnika bieg hutnika bieg hutnika

Na odpowiedź nie musiałem długo czekać

Kojarzysz, jak wygląda tarcza od szlifierki kątowej popularnie zwanej „diaksem”? To teraz wyobraź sobie taką samą, tylko o średnicy jednego metra i ważącą na oko 15-20 kilogramów. Właśnie takie coś trzeba było złapać w ręce (po jednej na rękę) i przejść około 50 metrów, zanim pozwolono nam pobiec dalej. Właśnie wtedy dotarliśmy do „wulkanizatora”, gdzie trzeba było przeczołgać się pod oponami. Stamtąd do prostego (wydawałoby się) wyzwania. Ot, trzeba było wspiąć się po linie na szczyt.

bieg hutnika bieg hutnika

Nie umiem i nie lubię tego zadania. Tymczasem poszło mi znakomicie! Wspiąłem się prawie na sam szczyt! Gdy dumny zsunąłem się na dół – od pani obsługującej dany punkt usłyszałem, że nie zalicza mi zadania, bo udało mi się wspiąć na linę przeznaczoną dla kobiet. Jeśli chcę – mogę spróbować ponownie na tej przeznaczonej dla mężczyzn. Ponownie jednak ta sztuka mi się nie udała i z pokorą musiałem oddać swoją drogocenną opaskę i jeszcze robić wspomnianych 30 „komandosów”.

Mimo to nie chciałem się poddać! W końcu szło mi naprawdę nieźle, więc wróciłem na ścieżkę, gdzie trzeba było pokonać skośną, metalową kratownicę wysoką na około cztery metry. To był relaks w porównaniu z poprzednimi wyzwaniami. Podobnie jak betonowe zapory, które czekały chwilę później.

bieg hutnika bieg hutnika bieg hutnika

Teren tu się jednak momentalnie zmienia

Po nich wbiegało się na teren, który przypominał wielkie urobisko. Całe góry jakiegoś sypkiego kruszywa wielkości piłeczki pingpongowej. Trzeba było się wdrapać na sam szczyt, a potem dalej biec nim aż do „węglarki”. Tam trzeba było złapać za wiadro pełne kamieni i okrążyć wielką machinę nieznanej mi funkcji. Organizatorzy jednak uważnie patrzyli, bo wiadra nie można było złapać za „ucho”, tylko ciągle nieść w rękach. Całe 50 metrów!

bieg hutnika bieg hutnika

Kto zaliczył, puszczany był dalej. Chwila prostej trasy dla złapania oddechu, który był bardzo potrzebny, bo przed uczestnikami była kolejna gigantyczna góra, której zbocza tym razem były dość błotniste. Zejście z kolei wypolerowane tak, że trzeba było zjechać na pupie z naprawdę sporą prędkością!

bieg hutnika bieg hutnika bieg hutnika bieg hutnika

Ratowało mnie tylko to, że zbliżałem się do końca

A przynajmniej tak mi mówili. Tym, którym pozostały jakiekolwiek siły – to wytracali je na kilku następnych przeszkodach. Przebiegnięcie po 6 wagonach, które między sobą były oddalone o około 2 metry, więc za każdym razem trzeba było zejść i wspiąć się ponownie. Potem przejść przez wąskie poręcze, gdzie znowu trzeba było użyć wyłącznie rąk, a potem przez betonowe przeszkody. Kto tu dotarł – dalej musiał zmierzyć się z przerzucaniem stalowych sztab z miejsca na miejsce, a potem pokonać skośną ścianę, trzymając się wyłącznie lin.

bieg hutnika bieg hutnika bieg hutnika bieg hutnika

Meta na horyzoncie!

Dawno nie cieszyłem się tak na jej widok! To jednak była ułuda, bo przede mną pozostały aż dwa kilometry. W tym ponownie przeskakiwanie przez ogrodzenie i wielokrotne pokonywanie wagonów, zapór z desek, tuneli ze stali, by znów przez deski (i tunele), na pochyłej ścianie kończąc. Potem dla relaksu znowu ring, bieg w workach i wspomniany multiring, który widziałem na początku. Gdy tutaj dotarłem, nawet się nie łudziłem – byłem już tak wypompowany, że od razu pytałem ile „komandosów” mam wykonać, by przejść dalej. Ledwo je wykonałem, a natrafiłem na przeszkodę pełną lin, kół i opon, którą trzeba było pokonać tak, by nie dotknąć ziemi. Cóż, „pompowałem” komandosy ponownie.

Stamtąd już przez kolejny ring, do przerzucania 8 opon – wprost do mety, przed którą czekała wspomniana ciężarówka z dwoma kontenerami wody. Te jednak już sobie odpuściłem, przekraczając linię mety.

bieg hutnika

bieg hutnika

Bieg Hutnika to był mój najtrudniejszy bieg w życiu

Runmageddon przy tym wygląda jak bieg rozgrzewkowy. Gdy w Biegu Hutnika staliśmy na starcie, komentator ze sceny krzyczał, że na mecie będziemy czuli każdy mięsień, o istnieniu którego nie mieliśmy pojęcia. Gdy piszę te słowa – minęło dobrych sześć godzin, a ja cały czas czuję każde obolałe miejsce. W wielu częściach ciała mam naderwany naskórek, na dłoniach solidne bąble (bierz ze sobą rękawiczki na ten bieg!) i odczuwam ogromną satysfakcję.

bieg hutnika bieg hutnika bieg hutnika

To było oczyszczające i satysfakcjonujące. Pokonanie każdej przeszkody dawało ogromną frajdę i motywację do kontynuowania biegu. Jestem wyczerpany, ale i cholernie z siebie dumny. Te 7 kilometrów w efekcie pokonałem w blisko dwie godziny i wbrew pozorom – nie był to najgorszy czas. Najważniejsze dla mnie jest to, że się odważyłem. Po rozmowach z innymi uczestnikami wiem, że byli tacy, co przed samym startem się wycofali, a jeszcze inni – odpuszczali sobie tak w połowie – nie podejmując wyzwań. Mój wynik nie jest może najlepszym rezultatem świata, ale mam świadomość, że pot i energię, którą zostawiłem na trasie – będę wspominał latami. A kto wie, może za rok spróbuję ponownie pokonać całą trasę? Tylko tym razem się przygotuję!

Filip Turczyński

Fan technologii mobilnych oraz kolekcjoner gier i konsol. Prywatnie szczęśliwy mąż i ojciec. Lubi pyzy i kotlety mielone.

Cześć!

Świat dzieli się na tych, którzy nie lubią zapachu benzyny i na tych, którzy go uwielbiają. My jesteśmy z tych drugich. Na tym blogu pokazujemy wszystkie fajne miejsca, które warto odwiedzić w Polsce. Nie musisz się już więcej zastanawiać co robić i gdzie iść w weekend. Z nami spędzanie czasu stanie się proste!

Spodobało się? Polub nas!

Chcesz więcej? Dołącz do grupy!