Strona główna » Klątwa – czy wszystko, co pojawia się w teatrze, można nazwać sztuką? Szczerze wątpię.
klątwa

Klątwa – czy wszystko, co pojawia się w teatrze, można nazwać sztuką? Szczerze wątpię.

Wystawiana sztuka "Klątwa" w Teatrze Powszechnym porusza ważne tematy, z którymi w się zgadzam. Jednak nikomu nie poleciłbym jej oglądać.

Och, czegoż to ja się o słynnej „Klątwie” wystawianej w Teatrze Powszechnym nie naczytałem! Protesty, próba cenzury, przeszukiwania, groźby pod adresem aktorów. Rzeczywiście śledząc doniesienia prasowe – to wszystko miało miejsce, chociaż przyznam, że wychodząc z teatru, miałem wrażenie, że wszyscy przesadzają.

Aktorzy, widzowie i protestujący

Klątwa w interpretacji Teatru Powszechnego to nic innego, jak swojego rodzaju stand-up albo zrobiony na sporą skalę performance. A może aktorski, protestacyjny manifest, za który widz jeszcze musi dodatkowo zapłacić? Na pewno wszystkiego po trochu, a osią wszystkiego jest pokazanie dwulicowości… w zasadzie każdego z nas. Oto dowiadujemy się, że katolicy są wielkimi hipokrytami. Wchodząc do kościoła, czują się niczym aktorzy na deskach teatru – modlą się żarliwie, chrzczą dzieci, chodzą do spowiedzi czy epatują swoją wiarą, by po wyjściu z niego zmienić oblicze o 180 stopni. Są nietolerancyjni, czynami zaprzeczają swojej wierze, często pogańscy w swoich czynach i mocno grzeszący.

Drugi temat, który w Klątwie jest poruszany (i bardzo wyraźnie podkreślony), to jasne stawianie linii pomiędzy aktorstwem a prawdziwym życiem. Czy aktor grający księdza jest w rzeczywistości wierzący, czy tylko wykonuje swój zawód? Czy aktorka, grająca kobietę rozwiązłą – po wyjściu z pracy jest wierną żoną, czy dalej kurtyzaną? Skoro aktor potrafi to rozdzielić, to czy człowiek epatujący swoją wiarą w kościele również jest wierzący poza nim? Jeżeli tak, to czemu jego czyny za tym nie przemawiają?

To ciekawy temat, na który można dyskutować wiele godzin i zapewne nigdy strony dyskusji nie dojdą do konsensusu. I to jest w tej sztuce ciekawe.

Więcej jest jednak rzeczy głupich

Przede wszystkim – środek wyrazu. Aktorzy podczas tych 80 minut dają prawdziwy popis – znów użyję tego słowa – performance. Robią dosłownie wszystko, by zaszokować widza i jeśli myślimy, że tej czerwonej linii nie da się przekroczyć, to parę minut później zostaje ona przekroczona. Bez większego sensu, głębi czy motywacji. Wszystko na zasadzie: jestem aktorem, w teatrze wolno mi wszystko, nikt mi nie zabroni. Łącznie z pokazywaniem siura, scenami wypróżniania się, czy inną sztuką  innym badziewiem.

Trochę jak buntujące się dziecko. By jakoś to wszystko wytłumaczyć widzowi, podlewa się to quasi-polityczną otoczką – tłumacząc, że oto władza Rzeczpospolitej (w domyśle wszyscy wiemy jaka) próbuje cenzurować ich Sztukę tak, jak ocenzurowano niegdyś Golgotę Picnic.

Czy aktorowi wszystko wolno? Tak! Czy zatem wszystko może? Nie!

Uważam się za osobę liberalną, jeśli chodzi o poglądy. Wszystko mi jedno, kto co robi i jak to robi, dopóki nie narusza mi to mojej przestrzeni osobistej. Jeżeli artysta uważa, że podarcie Biblii podczas koncertu jest jego środkiem przekazu – ok. Jeżeli inny artysta uzna, że pokazanie namiętnego seksu uwypukli jakiś problem – też ok. Jeszcze inny uzna, że obśmianie rudych będzie dobrą formą przekazu i też to przyjmę do wiadomości. Rozumiem poniekąd motywy reżysera, by w sztuce bezpardonowo zaatakować katolików, bo to jest duża, stereotypowa grupa, którą po prostu atakuje się łatwo. Katolicy z kolei łatwo się oburzają… robiąc sztuce darmową reklamę.

Myliłby się jednak ten, który uważa, że sztuka jest tylko dla ateistów. Nikt nie jest na tyle nierozsądny, by w kraju, w którym 80% społeczeństwa deklaruje, że jest wierząca – tak bardzo ograniczałby sobie widownię. Nic z tych rzeczy. Równie dobrze w tej sztuce, zamiast kościoła mógłby być równie stereotypowy motyw, że ludzie rudzi będą zawsze nielubiani i na wieki wieków zostaną prawiczkami albo że blondynki są głupie. Reżyser atakuje kościół, bo gra hipokryzją już na tym etapie. Samym tytułem, obsadą, czy nawet marketingiem wokół sztuki. Tak jest po prostu łatwiej.

Klątwa, w przeciwieństwie do takiego Kleru – nic nie wniesie do mojego życia

„Klątwa” w reżyserii Olivera Frljića jest przerysowana, jest szokująca dla samego faktu szokowania, i w żaden sposób tego dobrze nie uzasadnia. Ważne problemy, które były tam poruszane, zostały gdzieś daleko za emocją szoku, a jedyne co widz wynosi z przedstawienia to niesmak, żenujący śmiech i zdziwienie, że za to zapłacił z własnej woli. Nic, co widziałem na scenie – nie ma swojego uzasadnienia i nie sprawia, że jestem gotów stanąć po stronie aktorów. Rozumiem ich żal, że ludzie nie rozdzielają faktu aktorstwa i ich życia prywatnego, o czym najwięcej zapewne może opowiedzieć aktor Piotr Cyrwus, czyli popularny Rysiek z serialu Klan.

Rozumiem oburzenie środowiska artystycznego na wszelkie próby cenzury, czy próby wpływania na ich pracę oraz wyraz artystyczny. Jednak nie podoba mi się sposób, w jaki szeroko rozumiany Teatr to robi. To już trzecia lub czwarta sztuka, na której byłem i która pod przykrywką jakiejś historii próbuje mi sprzedać swój protest. Zamiast poparcia efekt jest zgoła odwrotny. Argumentacja i przyczyna problemu jest dla mnie zrozumiała i nawet się z nią zgadzam. Forma wyrazu jednak jest całkowicie nieadekwatna.

Raczej nie wyobrażam sobie, by aktorzy tłumnie wyszli na ulicę i stali z banerami, sprzeciwiając się przeciwko decyzjom władzy, której bronić nie mam zamiaru. Jednak tragizm artystów polega na tym, że deski teatru również nie są do tego dobrym miejscem. A przynajmniej nie w takiej formie. Prawdziwą sztuką byłoby zrobienie takiego przedstawienia, gdzie delikatnymi szpilkami, niedopowiedzeniami, ironią czy aluzjami np. przez łzy albo śmiech sprawić, bym się z nimi zgodził. Tutaj wszystko jest zaś przesadzone, doprowadzone do krawędzi dobrego smaku, czy zwyczajnie jakiejś formy kultury. Wychodząc z tej „sztuki”, nie mogłem pozbyć się wrażenia, że oto jakaś grupa zawodowa zaprosiła mnie na protest, który to musiałem im opłacić.

W efekcie trudno mi Klątwę polecić komukolwiek

Budowanie otoczki od samego początku, czyli zaparkowany radiowóz pod teatrem, przeszukiwanie torebek, plecaków czy kieszeni w poszukiwaniu metalu sugeruje, że będziemy mieli do czynienia z naprawdę trudną sztuką. Tymczasem uczestniczyłem w wielkim happeningu, przemówieniu na temat wolności artysty. To smutne, bo chociaż trzymam ich stronę – uważam, że popełniają tą sztuką ogromny błąd, który może ich wiele kosztować. Nie ta forma, nie ten środek przekazu.

Filip Turczyński

Fan technologii mobilnych oraz wyznawca chmury obliczeniowej. W wolnym czasie nie pogardzi dobrą grą. Prywatnie szczęśliwy mąż i ojciec. Lubi pyzy i kotlety mielone.

Spodobało się? Polub nas!