Strona główna » Wreszcie! Dragon Ball Super się kończy!
dragon ball super opinia

Wreszcie! Dragon Ball Super się kończy!

Już za niespełna dwa miesiące odetchniemy, mówiąc: w końcu!

Dragon Ball Super, czyli wielki powrót Goku i spółki na ekrany po blisko 20 latach miał być zupełnie nowym otwarciem serii. Wszystko wskazywało na murowany sukces: odcięcie się od średnio udanej serii GT oraz udział w pracach samego Akiry Toriyamy. Oczekiwania wobec serii były ogromne. Sam czytałem opinie, że Toei Animation mają jasny i długofalowy pomysł na całe anime.

Oglądam w zasadzie każdy odcinek anime, gdy ten tylko się pojawia, chociaż przyznam szczerze, że bardziej z sentymentu. Od dawna uważałem, że seria GT nie była godnym zwieńczeniem epopei o Goku i jego przyjaciołach i oczekiwałem jakiejś alternatywy. Kiedy zatem dowiedziałem się o zbliżającej się premierze „Super”, z miejsca przyklasnąłem pomysłowi. Bo przecież tak właściwie, to co mogło pójść nie tak?

Okazało się, że w zasadzie to wszystko

Pokochałem Dragon Balla nie dla fabuły. Nie oszukujmy się. Ta zawsze była wyłącznie pretekstem do tego, by zmusić naszych bohaterów do treningów i przełamywania kolejnych barier. Owszem, obfitowała w masę zabawnych gagów, ale ciągle była tylko pretekstem.

Jednak DB oglądało się dla walk. Poczucie potęgi pojawiających się na ekranie postaci, dramatyzm, heroiczność bohaterów oraz groza na widok przeciwników. To wszystko potrafiło przykuć do ekranu na wiele godzin.

Dragon Ball Super przerodził się w festiwal kolorków

Zbliżając się do końca serii, nie mogę pozbyć się wrażenia, że autorzy chcieli wszystkim dogodzić i przedobrzyli. Tylko w tej sadze było więcej nowych form niż w Dragon Ball, DBZ i DB GT razem wziętych! Co gorsza – twórcom ewidentnie zabrakło pomysłów na kolejne poziomy mocy. W Zetce przemiana Goku w SSJ, a potem w SSJ2 czy SSJ3 była widowiskowa, osiągana ciężką pracą i skrajnymi warunkami bojowymi. Tymczasem SSJ God został pokazany w jednym z pierwszych odcinków i to dzięki pomocy całej rodziny. Jako fana – to było dla mnie trochę jak policzek. Takie pójście na skróty. Poza tym po stadium Boskim oczekuje się czegoś więcej niż tylko zmiana koloru włosów na ulubiony Michała Wiśniewskiego.

Zresztą, nie chodzi tylko o kolor włosów. O tej formie w zasadzie prędko zapomniano, bo zaraz pojawił się Blue, czyli taki jeszcze lepszy God. I tutaj zaczyna się problem. Skoro God jest boski, czym jest Blue? Skoro lepszy od boskiego, to czemu Goku dalej nie sięga do pięt… bogom? To się wyklucza. Równolegle do Goku mamy Vegetę. Ten osiągnął poziom Blue, potem Perfect Blue. Mamy też Goku Black z jego różowymi włosami oraz Trunksa z przyszłości z mieszanką SSJ z SSJ Blue no i oczywiście Super Sayianin Berserker, czyli włosy zielone. Gdyby widzom wciąż było za mało, dorzucono jeszcze Gold Freeze, który utrwalił tę formę poprzez trening umysłu w zaświatach. Czy tylko dla mnie brzmi to absurdalnie?

Wincyj mocy!

Osobnym problemem jest wspomniany poziom mocy. Poprzednie seriale DB dawały odczuć siłę, potęgę nowej formy jakiejkolwiek postaci. Ta zmieniała się wizualnie, jej prędkość czy masa mięśniowa rosła. Wszystko to było wynikiem długiego, wymęczającego treningu.
Tymczasem podczas Battle Royale, Goku jest w stanie dwukrotnie użyć nieznanej sobie wcześniej formy Ultra Instynktu (a turniej trwa przecież 45 minut!) a Vegeta opanować jeszcze nowszy poziom Perfect Blue.

Pamiętacie świetnie pokazane szkolenie Gohana w sali treningowej, gdzie pierwszy raz osiągnął poziom Super Saiyana? Pot, wysiłek, rezygnacja… tutaj tego nie ma. Wpada na ekran Caulifla i okazuje się, że wystarczy swędzenie pleców i pyk! Każdy może zostać SSJ. W ciągu paru minut.
Jak to się ma do wycieńczającego treningu Goku podczas podróży na Namek? Nie mam pojęcia.

Kierunek, który obrała seria, zwyczajnie mi się nie podoba. Wolałbym jedną, konkretną przemianę, ale która będzie wymagała czegoś od naszych bohaterów. W Super wszystko przychodzi zbyt łatwo i lata treningów oraz wyrzeczeń z DB i DBZ została tutaj zniweczona.

dragon ball super opinia
No tak, a przecież tu nie ma jeszcze Ultra Instynktu!
Miałkość postaci!

Im więcej postaci na ekranie – tym mniej można im uwagi poświęcić. Akira Toriyama wprowadzając ich kilkudziesięciu na raz – zagrał va bank i według mnie przegrał. W efekcie żadnej z nich nie poświęcono należytej uwagi.

Cieszy występ Genialnego Żółwia czy Ten Shinhana, ale tak naprawdę kompletnie o nich nic nie wiemy! Nie wyjaśnione zostało, co robią, jak żyją. Z drugiej strony Yamcha czy Boo pojawili się chyba tylko dla zachowania przyzwoitości, a taka Launch do dziś nie ma szczęścia powrócić na szklany ekran.

Po drugiej stronie szali mamy Gohana oraz Freezę. Materiały na genialne role w serialu, które zostały całkowicie zmarnowane. Freeza, gdy tylko pojawia się na ekranie – to głupkowato się śmieje, a Gohan ewidentnie niezainteresowany walką, uczestniczy w niej tylko dla ojca. Szkoda, że tego wątku nie rozwinięto.

Zarzut ostatni

W kończącym się właśnie anime zupełnie nie potrafię odnaleźć emocji. Fabularnie mi się to nie klei. Oto Goku poznaje bogów, którzy są jeszcze ważniejsi niż obecnie znani nam bogowie. Trenuje dalej by walczyć z jeszcze silniejszymi od siebie, którzy stają się silniejsi od samych bogów… no taki wyścig szczurów, który prowadzi donikąd. Kiedy rozpoczął się turniej światów, chciało się wzruszyć ramionami i rzucić: who cares? No bo jak poważnie podejść do turnieju, w którym jeden z najważniejszych bogów dla naszego wszechświata – Beerus – bezradnie rozkłada ręce, bo nie jest w stanie znaleźć 10 wojowników na turniej?

Do tego kompletnie nie podoba mi się wizja, gdzie nasz dotychczasowy bohater, Goku, Obrońca Ziemi tak beztrosko wystawia ją do handlu. Za możliwość walki z silniejszymi groźba unicestwienia Wszechświata. Bezmyślne, egoistyczne zachcianki. Dziwne, że nikt mu nie chciał przyłożyć z tego powodu.

W beczce dziegciu jest łyżka miodu

Nie chcąc jednak totalnie masakrować nowego anime, muszę przyznać, że było kilka momentów, które naprawdę chwyciły za serce. Cały ark o Black Goku zasługuje na szczególną pochwałę. To była doskonała animacja jak za dobrych czasów Cella albo Freezy. Wielowątkowa fabuła, zaskakujące zwroty akcji a do tego ciężki, przytłaczający klimat, ze świetną oprawą dźwiękową.
Do tego animacja w ostatnich odcinkach jest już naprawdę przyzwoita. A początki wcale nie wydawały się przecież takie oczywiste:

dragon ball super opinia

Nie wolno również zapomnieć o wspaniałej scenie „zmartwychwstania” Goku i jego Ultra Instynktu. Ta scena stanie się kultowa. Jestem o tym przekonany. Genialna oprawa audiowizualna z fantastycznymi ujęciami. Coś pięknego.

Wystarczy!

Myślę, że na Dragon Balla już czas. Nie jest mi łatwo o tym pisać, bo w dalszym ciągu czuje jego sympatię i chętnie wracam do starych odcinków. Nie podoba mi się jednak ten grind postaci (SSJ3>SSJ God>SSJ Blue> Ultra Instynkt) w zaledwie jednej sadze w sytuacji, gdy tak po prawdzie nic specjalnego się nie wydarzyło. Nie czuję tego i to wszystko wydaje mi się jakieś takie… płytkie.

Szkoda. Może zapowiedziana przerwa zmusi reżyserów i projektantów do przemyślenia swoich planów względem historii jeszcze raz. Bo to, że wrócimy do świata Smoczych Kul nikt nie ma wątpliwości – ani producenci telewizyjni, ani animatorzy, ani tym bardziej fani.

Filip Turczyński

Fan technologii mobilnych oraz wyznawca chmury obliczeniowej. W wolnym czasie nie pogardzi dobrą grą. Prywatnie szczęśliwy mąż i ojciec. Lubi pyzy i kotlety mielone.

Spodobało się? Polub nas!