Pan Henryk zdradzi ci sekrety Kamieńczyka!

kamieńczyk nad bugiem

Odwiedzamy wyjątkowe, prywatne muzeum Etnograficzno-Historyczne.

O Kamieńczyku wiedzieliśmy niewiele. W dawnych czasach nosił nazwę Kamieniec Mazowiecki i stanowił miejsce do polowań dla książąt mazowieckich. Zawartość jodu jest tu nie mniejsza niż nad morzem, a w okolicy znajduje się unikalna przeprawa promowa poruszana siłą ludzkich mięśni.

Nigdy tu jednak nie byliśmy. Nieco się zdziwiliśmy, kiedy powitała nas nieduża, urokliwa miejscowość bogata w drewniane zabudowania. Wokół panowała aura relaksu, ciszy i wypoczynku.

kamieńczyk nad bugiemkamieńczyk nad bugiemkamieńczyk nad bugiem

kamieńczyk nad bugiem kamieńczyk nad bugiemZaintrygowani podeszliśmy w głąb rynku, w całości utworzonego z trawy. Na środku zlokalizowaliśmy granitowy pomnik flisaka, boisko i mały plac zabaw. Zaciekawieni zerknęliśmy na tablice ufundowane przez UE – pokierowały nas dalej, do prywatnego muzeum etnograficznego. Chętnie skierowaliśmy się w jego kierunku, wiedząc już, że najlepszym źródłem ciekawych miejsc nie jest internet i przewodniki, a właśnie miejscowi.

kamieńczyk nad bugiemkamieńczyk nad bugiemObiekt wydawał się nieczynny – w okolicy żadnego dzwonka, ale za to podany numer telefonu. Mężczyzna w słuchawce odpowiedział ostro „słucham” i natychmiast zmienił ton głosu, kiedy zrozumiał, że pytamy o muzeum. Wyjrzał przez okno i gestem skłonił nas do wejścia za furtkę. Posłusznie sięgnęliśmy klamki i po kilku metrach zobaczyliśmy to:

kamieńczyk nad bugiemkamieńczyk nad bugiemZorientowaliśmy się, że będzie ciekawie, kiedy pan Henryk wyszedł w naszym kierunku z flisacką czapeczką na głowie, zaczynając od słów, że ma przygotowany 40-minutowy wykład. W pierwszej chwili odmówiliśmy, znacząco zerkając na Lilkę i spodziewając się, że nie wytrzyma. Właściciel stropił się nieco, ale natychmiast zaproponował, że najwyżej przerwie jak mała zacznie marudzić.

Niepoganiany,  zaczął opowiadać o tym – czym kiedyś właściwie był Kamieńczyk. Przez cały wykład staliśmy z rozdziawionymi gębami, czując się mądrzejsi z każdym kolejnym zdaniem naszego rozmówcy. Problem z dzieckiem sam się rozwiązał, bo po kilku zdaniach, ciepłego monologu przewodnika – po prostu usnęło.

kamieńczyk nad bugiemKamieńczyk nad Bugiem był miastem, w którym nie było za wiele.

Kamienie w glebie, który rolnik bierze raczej za wadę niż zaletę – zaczęto wydobywać i sprzedawać mieszkańcom innych wsi. Miały im służyć jako m.in. budulec na fundamenty. Ten trend można dostrzec do dzisiaj w okolicznych wsiach, na starych domostwach.

Jeszcze w XVIII wieku w ogromnych lasach wokół miasteczka hasały niedźwiedzie, na które polowano przy użyciu ostrego narzędzia, przyczepionego do krótkiego kija. Taki przyrząd (za cholerę nie pamiętam, jak się nazywa) wbijało się miśkowi głęboko pod skórę i uciekano, czekając aż się mocniej nadzieje i wykrwawi. Jeśli ktoś miał pecha i wycelował w żebro – los miał raczej przesądzony. Mimo to gra była warta świeczki, ponieważ mięso tego dużego ssaka wystarczało rodzinie na kilka tygodni.

Z jedzeniem nie było tak łatwo, jak teraz. We wsi nie było prądu.
Złowione, żywe ryby trzymano w specjalnych pojemnikach zatapianych w rzece, dzięki czemu zachowywały świeżość. Kobiety biegały do studni zlokalizowanej przy rynku, piekły chleb i dzieliły nim rodzinę licząca często dziesiątkę samych dzieci. Każdy maluch dostawał pajdę posmarowaną masłem, maczaną w cukrze i polaną śmietaną. Przydział był jasny, dzieciaki same nie mogły sięgać po kolejne kromki.

Zboże koszono sierpem, który nie był tak wydajny, jak kosa, więc trwało to całe dnie, ale starsi ludzie wiedzieli, że kosa kojarzy się ze Żniwiarzem, Żniwiarz ze śmiercią, a życiodajnego chleba ze śmiercią łączyć nie wolno…

Mieszkańcy Kamieńczyka spływali potężne pale drewniane (dawniej drzewa miały tak grube pnie, że z dwóch drzew spokojnie można było wybudować dom) Bugiem, wprost do Gdyni. Zawód ten nosił nazwę flisaka. Młodzieńcy 15-16-letni od początków jesieni starali się u retmana, aby wiosną, kiedy woda przybierała – popłynąć spływem. Flisak bowiem zarabiał 5 razy więcej niż przeciętny mieszkaniec Kamieńczyka nad Bugiem!

Pisać mogłabym dalej, ale uważam, że każdy, kto zawita w tę część Mazowsza, powinien zaznaczyć ten punkt na swojej mapie jako obowiązkowy. Jeśli masz w pobliżu domek letniskowy – od spotkania w muzeum, inaczej będziesz patrzył na okolicę!

Pan Henryk studiował w Warszawie i został hydraulikiem. 10 lat po skończeniu szkoły, stał się bardzo potrzebny letnikom i mieszkańcom, którzy potrzebowali kogoś do wykopania studni na własnym ogródku.

Dzięki temu, że zawód miał bardzo chodliwy – mógł zając się swoją pasją zbierania starych przedmiotów związanych z Kamieńczykiem. Niektóre jego eksponaty liczą 200 lat i początkowo były pokazywane tylko rodzinie i bliskim przyjaciołom. Wiele z przedmiotów Pan Henryk uratował przed zniszczeniem, np. drewnianą wiertarkę… Trzeba poznać tego starszego mężczyznę i posłuchać, z jaką pasją opowiada o swoich zbiorach. Koszt wykładu wynosi „co łaska”, my daliśmy 20 zł. Cudownie wiedzieć, że w Polsce są ludzie, którzy z taką pasją opowiadają jej historię, naprawdę warto z tego korzystać!

Muzeum Etnograficzno-Historyczne

Rynek T. Kościuszki 14, Kamieńczyk nad Bugiem

O autorze

Klaudyna Turczyńska

Od jakiegoś czasu na trzecie mam „Mama”. Na co dzień jestem animatorką, nauczycielką i aktorką – czasem zdarza mi się pilotować samolot i gryzdać kredą po chodnikach.

  • Takie muzea to prawdziwy skarb! Zdjęcia kolorowych domków są bardzo urocze. 😉