Strona główna » #Blogoranek – W pechu też można mieć szczęście, czyli nasza niedziela w Świętokrzyskim
w pechu też można mieć szczęście

#Blogoranek – W pechu też można mieć szczęście, czyli nasza niedziela w Świętokrzyskim

To miała być zwykła niedziela.

Z rana pojechaliśmy do świętokrzyskiego zwiedzać tamtejsze atrakcje. I wszystko byłoby najzupełniej w porządku, gdyby nie czerwona kontrolka, która nagle zaczęła się palić na desce rozdzielczej.

O kurde, chyba pada nam akumulator.

Powiedziałem to bardzo spokojnie i chyba właśnie wtedy dotarła do mnie powaga sytuacji.
Pada akumulator.
W niedzielę.
W handlową, ale i tak wszystkie warsztaty zamknięte.
Jesteśmy sobie gdzieś w okolicach Opatowa, więc daleko od domu. Kto będzie jechał 230 km, aby nam pomóc dotachać auto do najbliższego warsztatu? Bez sensu kogoś fatygować taki kawał. Może poszukamy czegoś na miejscu? Ale gdzie przenocujemy? Ile kasy mam w portfelu? Muszę wziąć wolne w pracy. Ile może potrwać naprawa? Gdzie tu jest warsztat?
Nie mogłem zgasić silnika, bo już bym go nie odpalił. Tyle wiedziałem o akumulatorach.

Ja panikowałem, Klaudyna dobiła mnie stwierdzeniem, że właśnie bateria zdycha w telefonach i dodała, że znalazła na GoogleMaps jakiś sklep z akumulatorami. Zadzwoniłem.

Jesteśmy uratowani?!

Sympatyczny starszy facet odebrał telefon – informując, że ma wolne, ale ma dziś jakąś pracę biurową w sklepie i żeby podjechać, to podpowie, co się dzieje. Przy okazji sprawdził stany magazynowe – i na szczęście! – miał potrzebny nam tak bardzo akumulator. Po  10 minutach byliśmy na miejscu i zobaczyliśmy spanikowanego gospodarza, który machając rękoma – dawał sygnały, by nie gasić silnika. Uchyliłem szybę:
-Niech Pan poczeka w aucie. Ja przyniosę mierniki, bo na moje ucho – a pracowałem w warsztacie – brzmi jak alternator. Jak Pan zgasi, to dupa.

Dupa, kurde.

Niestety odczyty potwierdziły opinię sprzedawcy. Alternator to wyrok gorszy niż akumulator, bo bez odpowiednich części i umiejętności warsztatowych – ciężko takie coś wymienić. Bez akumulatora (gasząc światła, klimę i inne takie) – mógłbym jakoś się dotoczyć, ale bez alternatora miałem do przejechania jakieś 50 km. A później dupa właśnie.

Podziękowałem za tą bezinteresowną pomoc i pojechałem „gdzieś”. Może się uda? 😀 Dobra – jechałem, jechałem, a silnik zaczął wydawać dziwne jęki. Zasięg w moim telefonie wrócił, choć też zostało tam ostatnie 20 procent. No, akurat tego dnia padła nam ładowarka samochodowa. Peszek taki, biednemu wiatr w oczy i inne takie. Nagle wszędzie zaczęliśmy widzieć banery z akumulatorami. Skręciliśmy w taką jedną ulicę i okazało się, że trafiliśmy do jakiegoś zagłębia warsztatowego. Normalnie z 10 warsztatów w bliskiej od siebie okolicy. Zatrzymałem samochód, kiedy chciałem go zamknąć z klucza, zrobił takie dziwne piiiiiuuuuuuuuuk. I zdechł.

Zrobiliśmy sobie spacer po okolicy.

Kilkanaście warsztatów – wszystkie zamknięte. Żadnej karteczki z numerem telefonu. Byłoby łatwiej umówić się na poniedziałek rano, a tak to będziemy tu koczować z rana jakoś. Na dworze było okropnie gorąco. Stawiam, że w cieniu było coś w okolicy 40 stopni, ale tu nie było cienia. Telefony zdechły do końca i zostaliśmy sami. Jakby ktoś Matrixa wyłączył.

Wiesz jak ciężko znaleźć warsztat, hotel, cokolwiek bez dostępu do neta? W okolicy żadnych ludzi, wszyscy pochowani w domach, albo nad wodą. Trafiliśmy na jakiś przystanek autobusowy – a tam karteczka: „w niedzielę brak kursów”.
Super.

Po kilku minutach kręcenia się w okolicy – jakiś facet zapytał, czy się zgubiliśmy, bo wyglądamy na turystów.
-Nie…
-Szkoda, nie będę mógł zrobić dobrego uczynku dzisiaj.
Anioł jakiś, czy co?
-Alternator nam padł, szukamy warsztatu, żeby umówić się na jakąś naprawę.
-Oj, tu wszystko zamknięte, ale tam sklep jest, tam wszystko wiedzą.

No kocham tego gościa normalnie. Sklep! Że też sam na to nie wpadłem! We wnętrzu właścicielka gawędziła sobie z jednym z klientów. Jak na mnie spojrzała – to streściłem historię o alternatorze, pytając, czy zna może kogoś, kto pracuje w warsztacie. Drugi klient przysłuchiwał się naszej opowieści, po czym wypalił:
– Przecież mąż Eli, tej dentystki z naprzeciwka ma chyba warsztat samochodowy?

Zostaliśmy odesłani na drugą stronę ulicy, pełni nadziei na szczęśliwe zakończenie. Domofon zabrzęczał donośnie.

Niestety uprzejma pani po drugiej stronie oznajmiła, że mąż skończył z mechaniką i do widzenia.

Poddaliśmy się i zaczęliśmy iść gdzieś przed siebie w poszukiwaniu czegoś na nocleg. Gdy przeszliśmy dosłownie jakieś 500 m, minęliśmy bramę z wielkim banerem: „Laweta – usługi holowania”. Przeszło mi przez myśl, że przecież skoro ktoś holuje auta, to z pewnością zna ludzi mających warsztaty. Wzruszyłem ramionami i zadzwoniłem domofonem. Otworzył młody facet, który cierpliwie wysłuchał mojej opowieści.
-Nie znam nikogo od warsztatu, ale ja z bratem oferujemy takie usługi. Możemy spróbować naprawić, jeśli tylko dostaniemy gdzieś alternator. Nawet dziś. Potrzebuję tylko z pół godziny na zorganizowanie się, a wy wracajcie do auta.

Wróciliśmy do samochodu, gdzie za chwilę pojawiło się dwóch mężczyzn z kablami. Jeden na oko 30+, drugi na oko piętnastolatek. Odpalili silnik, kazali jechać za sobą do garażu i zaczęli naprawiać. Hura! My poszliśmy do bankomatu, wracając po godzinie na gotowe. Trochę zdziwiłem się, że w warsztacie jest jedynie ten młodszy, ale cudowny ryk silnika, który się wydobył z auta – wskazywał, że wszystko działa, jak powinno. Trochę się przy nim poczułem głupi.

w pechu też można mieć szczęście

Szczęście w nieszczęściu

Możesz sądzić, że nie ma tu żadnej puenty – znaleźli frajera, zapłacił więcej i tyle. Mógł wykorzystać sytuację i wyżyłować cenę do granic absurdu, a my ze względu na okoliczności, musielibyśmy przytaknąć. Ale nie. Za naprawę zapłaciłem o połowę mniej niż w Warszawie. Jeszcze dałem mały napiwek, żeby se chłopak kupił piwo, ale nie bardzo chciał wziąć. Miałem wyrzuty sumienia, że może naprawdę jest niepełnoletni i dlatego nie chce, więc rzuciłem, że po prostu za fatygę.
Po powrocie do domu dałem samochód do obejrzenia zaufanemu mechanikowi, ale nie miał zastrzeżeń.

Z drugiej strony dopiero ruszając w dalszą drogę – uświadomiliśmy sobie, jakiego mieliśmy tego dnia farta. Samochód mógł nam wysiąść, gdy byliśmy w rezerwatach, gdzie nie było nawet żadnego zasięgu telefonu. Mógł nam wysiąść na stacji benzynowej, gdzie nasza sytuacja nie byłaby wybitnie lepsza, a całość na pewno kosztowałaby nas zdecydowanie więcej. Wyciągnęliśmy też wnioski – teraz nawet, jak będziemy jechać na kilka godzin – będziemy mieli przynajmniej naładowanego powerbanka i podstawowe ubrania oraz sprzęty ze sobą. Na trasie w końcu nigdy nic nie wiadomo.

To niesamowite, że będąc w niedzielę w zupełnie nieznanym nam mieście – znalazł sie ktoś, kto zechciał poświęcić swój prywatny czas na pomoc totalnie obcym ludziom. Im więcej czytam, że Polacy są nieprzyjaźni i wrogo do siebie nastawieni, tym więcej fantastycznych ludzi spotykam na swojej drodze. Może po prostu wystarczy odłączyć się od sieci i porozmawiać z nimi na żywo? A może po prostu karma wraca. 😀

Filip Turczyński

Fan technologii mobilnych oraz wyznawca chmury obliczeniowej. W wolnym czasie nie pogardzi dobrą grą. Prywatnie szczęśliwy mąż i ojciec. Lubi pyzy i kotlety mielone.

Spodobało się? Polub nas!

Chcesz więcej? Dołącz do grupy!