Strona główna » Ciemna strona Xbox Game Pass, której dziś nie zauważamy
ciemna strona xbox game pass

Ciemna strona Xbox Game Pass, której dziś nie zauważamy

Rewolucyjna usługa ma swoją ciemną stronę. I ostatnia prezentacja Microsoftu zdaje się to potwierdzać.

Game Pass to usługa, która zmienia wszystko. Za stosunkowo niewielką opłatą można cieszyć się ogromnym katalogiem 150, a nawet i 200 gier, bez potrzeby kupowania każdej z osobna. Co jeszcze lepsze – Microsoft do usługi wrzuca każdą swoją grę w dniu premiery. To oznacza, że w ramach abonamentu można cieszyć się grami pokroju Halo, Gears, czy Forza – tak samo, jak gracze, którzy zakupili wydania pudełkowe.

Prawdziwy Netflix dla gier

To porównanie jest już nieco wymęczone, bo chyba nie ma dziś gracza xboxowego lub pecetowego (bo przecież abonament obejmuje obie platformy), który nie wiedziałby, czym jest owa usługa. Jednak muszę uznać, że jest wyjątkowo trafne. Netflix jest jednak znacznie lepiej ukorzeniony w świadomości użytkowników. Nawet jeśli ktoś z niego nie korzysta, ma w kręgu znajomych którzy korzystają lub przynajmniej o nim słyszał.

Gigant z Redmond wykonuje więc tytaniczną pracę. Wszedł na nikomu wcześniej nieznany grunt, na rynku rozrywki gamingowej i do tego inwestuje masę środków w uzupełnianie go o nowe pozycje.

ciemna strona xbox game pass

Cel? Czysto prokonsumencki

O Microsofcie można wiele napisać, a nie zawsze byłoby to tylko w chwalebnym świetle. Jednak nawet najbardziej zatwardziali przeciwnicy korporacji muszą uznać, że usługa zwyczajnie wychodzi naprzeciw klientom. Masa świetnych gier, przystępna cena i wieloplatformowość nie pozostawiają nikogo obojętnym. Ba! Włodarze Microsoftu otwarcie wręcz przyznają, że to dopiero początek i lada chwila możemy spodziewać się debiutu usługi także na telefonach, tabletach, a nawet telewizorach. Wszystko w związku z premierą rozgrywki chmurowej, jaką jest xCloud. Game Pass ma być wszędzie – dokładnie tak jak Netflix.

Akurat trzeba przyznać, że Microsoft dobrze wyczuł trendy. Przyszłością gier jest chmura – stąd rosnąca popularność usług jak GeForce NOW, czy Stadia. Dlatego już dziś w kontekście Xboxa nie mówi się o konsoli, a o platformie. Zarówno konsola, jak i pecet – nie są tak naprawdę Microsoftowi do niczego potrzebne. Chcą, by ludzie kupowali dostęp do usługi, zupełnie nie przejmując się, na czym będą grać i gdzie będą grać.

ciemna strona xbox game pass

Łyżka dziegciu, którą dopiero zobaczymy

Mam wrażenie, że ostatni pokaz gier na nadchodzącego Xbox Series X dopiero uwidacznia problem, z jakim my – gracze, będziemy się mierzyć i z jakim przyjdzie zmierzyć się także właścicielowi Xboxa. To gry.

Phil Spencer, który tak naprawdę uratował platformę od zapomnienia – teraz musi zadbać o to, by do usługi regularnie trafiały nowe tytuły. I tutaj również warto przyjrzeć się biznesowi, jaki prowadzi Netflix – regularnie dostarcza filmy od wytwórni zewnętrznych, ale również dba, by pojawiały się oryginalne produkcje.

Nie inaczej jest z Game Passem. W ubiegłym roku Phil Spencer wspomniał, że chciałby, by gry ze stajni Xbox Games Studios lądowały w usłudze co trzy miesiące. Zatem ostatni pokaz, to był dopiero zalążek tego, co nas czeka. Ta myśl cieszy, bo oznacza, że przed nami jeszcze masa premier i gier. To, co niepokoi – to jakość tych produkcji.

ReCore i Crackdown 3 mogły nie być wpadkami

Otóż możemy obserwować pewien trend, że Microsoft owszem, będzie miał 15, może nawet 20 studiów tworzących gry. I będzie je regularnie dostarczał. Oznacza to również, że gry ucierpią na jakości i zamiast dopracowanej gry z segmentu AAA dostaniemy AA z ambicjami. W mojej opinii – nierealne jest by regularnie, co kwartał dowozić fanom blockbustery za setki milionów dolarów. Dowody? Już Obsidian działa w trybie, w jakim docelowo zapewne będzie działać każde studio. Zapowiedzieli wysokobudżetowe Avowed, które dziś nie ma nawet daty premiery, a którego trailer możecie podziwiać poniżej:

Ale jednocześnie też lada chwila do usługi wrzucą małą grę robioną przez niewielki zespół towarzyszący pt. Grounded.

No dobrze, a co z jakością? Regularność będzie wymagać poświęceń. Obsuwa jednego tytułu, może sprawić, że dla Microsoftu pozostałe plany wydawnicze położą się niczym domek z kart. Skoro więc nie da się dowieźć gier AAA w terminie, można wykorzystać sposób stary jak świat, który sprawi, że będziemy wyciągać pieniądze i jeszcze się z tego cieszyć.

Gry-usługi w platformie-usłudze

To też już się dzieje. Gears 5, chociaż było grą fantastyczną – regularnie otrzymuje dodatki popremierowe. Możesz je mieć za darmo! Wystarczy opłacać Game Pass. Minecraft Dungeons? Świetna, doskonała wręcz gra, wobec której miałem tylko jedną uwagę – była krótka. Dlatego też jest szeroko komunikowane, że nowe dodatki są w drodze. Chcesz je mieć? Opłać Game Pass.

Podobnie z komunikatem sprzed kilku dni. Owszem, pokaz Halo Infinite się zupełnie nie udał, ale usłyszeliśmy, że nie należy się martwić, bo przecież gra będzie rozwijana nawet do 10 lat po premierze. Co będzie potrzebne? No, już się zapewne domyślasz. To samo tyczy Sea of Thieves, Forzy, czy całej gamy innych produkcji, które już są na rynku, albo dopiero powstają.

To wilk w owczej skórze

To doskonała usługa, z której sam regularnie korzystam. Oderwanie od sprzętu, możliwości crossplayu, regularność nowych gier – to prawdziwy gamechanger. Jednocześnie przywykniemy do mocno okrojonych, niedokończonych i jakościowo słabszych gier, które będą nam oferowane w postaci usługi. Byleby pojawiła się w usłudze na czas. Resztę można dowieźć w postaci dodatków i aktualizacji. Obym się mylił, bo za długo czekam na nową odsłonę z serii Fable.

Filip Turczyński

Zawodowo inżynier jakości oprogramowania. Pracowałem przy kilku grach w tym przy Wiedźminie oraz w firmach LG i Samsung przy telefonach komórkowych. Pasjonat i kolekcjoner gier (kilkaset) i konsol (11). Uwielbia aktywnie spędzać czas wolny ze swoją rodziną.

Dodaj komentarz

Kliknij tutaj by dodać komentarz

Chcesz więcej? Dołącz do grupy!

Spodobało się? Polub :)