Miau Cafe – kawiarnia z kotami

miau cafe

Mój dom od zawsze był pełen zwierząt. Na równych prawach do domowników gościły w nim: myszki, papużki, króliki, żółwie, rybki, psy i koty. Jako dziecko, przygarniałam, co popadnie – z wiekiem zdając sobie sprawę, że charakterem z całej ferajny najbardziej dopasowały mi te ostatnie. Te małe mruczące tygrysy, przy całej miłości do człowieka – zawsze pozostają trochę dzikie i niezależne.

Dla mnie domu bez kota po prostu nie ma – ktoś musi szwendać się po mieszkaniu, ocierać o nogi domagając się dosypania świeżej porcji chrupek i wylegiwać się na dopiero co uprasowanej koszuli, która przypadkiem spoczęła na brzegu łóżka. I w mojej przedmałżeńskiej wizji wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że mój niedoszły-jeszcze-nie-mąż śmiał mieć…

Uczulenie

– Ke? Jak to masz alergię? – spytałam oskarżycielskim głosem, jakby to była jego wina – Nic nie wspominałeś! Musisz to jakoś eee… usunąć, jak chcesz ze mną mieszkać – dodałam oficjalnie, zastanawiając się, czy w ogóle da się spełnić moje żądanie.

Ze łzami w oczach przytaknął, że się dowie. Przez chwilę myślałam, że przeżywa nasz związek, ale jak powiedział, że drapie go w gardle, a twarz zaczęła mu się robić dziwnie czerwona – było jasne, że łatwo nie będzie. W rogu pokoju wylegiwał się długowłosy pies, a na moich kolanach umościł się czarny jak smoła kot, zostawiając wszędzie kłaczki, bo akurat była wiosna, więc liniał.

miau cafemiau cafe

Biedny Filip z pół roku się przyzwyczajał, odczulić przynajmniej na moje zwierzaki. Miał pecha, bo pół mojej rodziny miało koty. Nasze wizyty tam polegały na 10-20-minutowych pogaduchach, kończących się koniecznie spacerem po świeżym powietrzu. Nawet jak kocurów akurat nie było w mieszkaniu – w pomieszczeniu pozostawało pełno alergenów, na które dość przykro reagował kichaniem i potężnym katarem. Wystarczyło niewielkie zadrapanie lub lekkie zahaczenie zębami podczas zabawy z czworonogami, aby dostawał dziwnej wysypki na podrapanej kończynie.

Na szczęście przy wsparciu lekarza i odrobinie dystansu do zwierząt, w końcu nastąpił czas, gdzie mógł je pogłaskać bez utraty zdrowia. Mógł też przebywać z nimi w tym samym pomieszczeniu, nie będąc skazanym na przykre objawy swojej alergii. Wiedziałam, że bardzo dużo dla mnie robi i może nawet naraża swoje zdrowie – dlatego miałam bardzo duże opory zaproponować mu, żebyśmy poszli do kawiarni… z jeszcze większą ilością kotów. Dokładniej z siedmioma. Absolutnie nie odczuwałabym żalu, jeśliby mi odmówił i aż zdziwiłam się, kiedy usłyszałam, że:

– To świetny pomysł!

Udaliśmy się tam w sobotę, w pierwszym tygodniu funkcjonowania lokalu. Do środka zapraszała niepozorna tabliczka i… potężny tłumek zarówno na zewnątrz, jak i wewnątrz.

W Miau Cafe koty rządzą

Miau Cafe składa się z dwóch pomieszczeń. Pierwsza sala to tak naprawdę poczekalnia, w której możemy sobie zamówić kawę na wynos lub posiedzieć przy stolikach w towarzystwie pluszowych kotów i baristy. Ponieważ oblężenie jest spore – to dobry moment, aby zapoznać się z regulaminem tego miejsca.
To dość istotne – musisz wiedzieć, że wchodząc do drugiego pomieszczenia, stajesz się gościem, który musi dostosować się do zwierząt, a nie odwrotnie. Jeśli kot śpi, to go nie budzisz, nie głaszczesz i nie świecisz mu fleszem po oczach, bo marzysz o dobrym ujęciu na Instagrama.

miau cafe

Kiedy weszliśmy do drugiej salki – naszym oczom ukazało się niewielkie pomieszczenie urządzone trochę po domowemu i w całości dostosowane… pod koty. Przyciemnione światło, nastrojowa muzyka, na ścianach pełno półek lub ścieżek dla małych gospodarzy, na szczycie antresola z domkiem, w kątach naustawiane drapaki, a na podłodze walające się zabawki, którymi można zaczepiać skore do psot mruczki. W rogu pokoju siedzi, nienarzucający się opiekun, który pilnuje, by zarówno koty, jak i klienci szanowali wzajemne relacje. Usiedliśmy przy parapecie w formie blatu, dostaliśmy aromatyczne latte macchiato z pysznym czekoladowym torcikiem i zaczęliśmy się rozglądać.

miau cafe

miau cafe miau cafe

Jak na imprezie

Od razu dało się wyczuć, że nie jest to zwykła kawiarnia. Atmosfera przypominała jedną z tych imprez, na których nikt się nie zna i tylko czekasz na moment, gdy ktoś inny przełamie lody. Wszyscy rozszerzonymi oczami wpatrują się w koty, jakby to było najbardziej unikatowe zwierzę w skali naszego kraju. Wystarczy, że ten leniwie ziewnie albo przeciągnie się, aby dało się usłyszeć przeciągłe „oooooo!” i każdy już wyciągał telefon, by cyknąć serię fotek. Ludzie dosłownie nie mają potrzeby rozmawiać ze sobą, bo całe show zabierają gospodarze.

miau cafe

Moja kotka od razu mości się na moich kolanach, kiedy tylko siadam na kanapie z parującym kubkiem w ręku. Zastanawiam się więc – po co właściwie poszłam do kawiarni, w której mam to samo co w domu?
Może dlatego, że właścicielom udało się przeprowadzić wstępną selekcję i przyciągnąć tu ludzi, którzy lubiąc zwierzęta – mają z natury większą empatię i są serdeczniejsi. Wiedzą, po co tam idą i z jakim zwierzakiem będą mieli do czynienia. Przemykające koty, ocierające się o klientów dbają o dodatkowe pozytywne doświadczenia – dzięki czemu w Miau Cafe można wypocząć jak w żadnej innej kafejce na mieście. A o to chyba chodzi, prawda?

Miau Cafe

ul. Zawiszy 14, Warszawa
www.miaucafe.pl

O autorze

Klaudyna Turczyńska

Od jakiegoś czasu na trzecie mam „Mama”. Na co dzień jestem animatorką, nauczycielką i aktorką – czasem zdarza mi się pilotować samolot i gryzdać kredą po chodnikach.