29. Bieg Niepodległości (2017) – zrobiłem 10 km i… żyję!

29 bieg niepodległości

Moją pierwszą dychę zaliczyłem na 29. Biegu Niepodległości. Jak było?

Zupełnie nie wiem – jak to się stało, że dostałem bzika na punkcie biegania. Tak, tak. Raz robiłem przymiarkę, bodajże w 2014 roku, ale tak szybko pękłem w swoim postanowieniu trenowania, że nie dotarłem nawet do granicy 5 km. Szkoda pisać.

Aż nastała wiosna 2017. Podczas gdy na dworze robiło się coraz cieplej, z przerażeniem odkryłem, że mój bojler (w sensie bęben, znaczy brzuch) się zapowietrzył. Wypadało coś z tym zrobić, a że jeść lubię, to nie zamierzałem z tego dobra rezygnować. Nie bardzo widziałem się w jakichś sportach, ale chodzić na dwóch nogach jednak większość potrafi, więc kierunek wydał mi się oczywisty.

Zacząłem biegać. Trochę.

Znaczy – biegałem, jak mi się chciało. I akurat nie padało. I nie było zimno. I nie miałem innych, lepszych zajęć. Po jakimś czasie zacząłem rozumieć tych wszystkich dziwnych typków kręcących się po osiedlu w legginsach ze słuchawkami w uszach. Jest w tym coś uspokajającego i relaksującego. O ile nie wyobrażałem sobie siebie wyciskającego kolejne ciężary, tak wieczorny bieg brzegiem lasu – skutecznie mnie wyciszał po całym dniu.

29 bieg niepodległości 29 bieg niepodległości

W międzyczasie w firmie, w której pracuję – namówiono mnie na wzięcie udziału w Business Run. Atmosfera imprezy była fajna – to wtedy zdecydowałem się ćwiczyć więcej i częściej biegać. Opowiem wam dlaczego (bo to, że dużo znajomych osób mnie wyprzedzało, było tylko jednym z argumentów 😉 )

29. Bieg Niepodległości.

Tak trafiłem na dzisiejszą imprezę. Przyznaję – odczuwałem pewien stres, bo tak dużych dystansów jeszcze nie robiłem. Trochę obciach, ale moja „życiówka” to 8 km. Stojąc na linii startu, pomyślałem jednak „machnę te 8, a pozostałe 2 jakoś wykombinuję”. Nie siliłem się na jakiś specjalny rezultat i chociaż wrodzona ambicja chciała więcej, pokornie ustawiłem się w strefie VI, czyli z czasami życiowymi powyżej 60 minut na 10 km.

To, za co właśnie lubię biegi – to atmosfera, jaką czuje się od startu, aż po moment przekroczenia mety. Jest w tym jakaś solidarność – czujesz wsparcie innych, a jednocześnie można się pośmiać z własnych słabości. Nie wierzysz?
– O jezu! O matko! O jezusicku! – stękała kobieta, biegnąca za mną na drugim kilometrze. Kiedy zaniepokojeni spytaliśmy wraz z innymi uczestnikami maratonu, czy wszystko ok i czy kobieta nie potrzebuje pomocy, ta zwyczajnie dodała:
– Wszystko w porządku. Po prostu tak teraz żałuję, że nie urodziłam się szczupła!
Rzeczywiście, do chudzinek nie należała.

29 bieg niepodległości

Takich historii miałbym dużo, jedynie z tego jednego biegu. Ludzie dopingują (i zacząłem w końcu rozumieć sens dopingu. On naprawdę pomaga biec dalej!), zatrzymują się na chwilę, by przebiegającym przybić piątkę, wszyscy sobie robią zdjęcia i cieszą się, że w ogóle dotarli do mety.

Nawet policja, która pilnowała ruchu, potrafiła na chwilę przystanąć i dopingować:
– No dalej, dalej! Przed wami ostatnia prosta… a potem jeszcze dalej! – i śmiali się wesoło, stojąc na wysokości piątego kilometra.

Bieg Niepodległości pod kątem logistycznym był przygotowany bardzo dobrze.

Wydzielona od ruchu samochodowego, dziesięciokilometrowa trasa zapewniała jednak biegaczom (i mi) – dwie dodatkowe atrakcje, w postaci wielkich wiaduktów na wysokości Dworca Centralnego. O ile wbiegnięcie pod górę nie było większym problemem na czwartym kilometrze, to jednak wracając i pokonując ten sam odcinek na siódmym kilometrze – bardziej się po nim czołgałem, niż wbiegałem.

Za to ten trud wynagradzał widok. Z mostu było widać biało-czerwoną „flagę” utworzoną z naszych koszulek. Napawało to dumą i sprawiło, że dostałem drugiej energii. Do boju zagrzewał zabawny prowadzący, który mówił do nas ze sceny. Potrafił rozbawić jeszcze na linii startu, kiedy czekaliśmy na swój bieg od blisko 40 minut. 😉
Podobny doping czekał na nas po dokładnie przeciwnej stronie – przy punkcie z wodą i toaletami, które chętnie były odwiedzane zarówno przez kibiców, jak i biegaczy.

29 bieg niepodległości

29 bieg niepodległości

Całość była przygotowana bardzo fajnie. Na tyle, że nie rozpraszało mnie w zasadzie nic i biegłem przed siebie co sił. Na maila dostałem personalizowany dyplom, no i wiadomo – cieszę się z medalu. I chociaż wiem, że czas mógłby być ciut lepszy (1 h 03 min 45 sekund, co daje mi 12882 miejsce) jestem z siebie cholernie zadowolony. Przede wszystkim – że wziąłem udział i dobiegłem. Przeżyłem fajne chwile, z zupełnie obcymi mi ludźmi, którzy przez tę godzinę wydali mi się bliscy jak nigdy dotąd. A to największa wartość tego biegu, motywująca mnie do dalszego biegania.

O autorze

Filip Turczyński

Fan technologii mobilnych oraz wyznawca chmury obliczeniowej. W wolnym czasie nie pogardzi dobrą grą. Prywatnie szczęśliwy mąż i ojciec. Lubi pyzy i kotlety mielone.