Księżniczka, która ma problem, z ustaleniem kim chce być? Jest. Poddani? Są. Czarodziejskie moce? Są. Ratowanie świata? Jest. Zima? Nie ma, ale za to jest tropikalne lato.
Porównania do „Frozen” cisną się same. Zapewniam was jednak – mimo że twórcy co jakiś czas puszczają oko do fanów lodowej krainy – stwierdzenie, że „Vaiana” i „Kraina Lodu” to to samo (tylko na różnych biegunach), byłyby bardzo krzywdzące dla tej produkcji.
Disney z każdym kolejnym filmem zbliża się do perfekcji kinematografii.
Dobra – na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że mam ogromną słabość do ich obrazów: filmy „Czarownica” i „Tajemnice Lasu” – albo z drugiej strony rewelacyjne animacje – „W głowie się nie mieści” czy „Zaplątani”. Nawet głupio już wspominać ponownie o „Krainie Lodu”, która dla współczesnego dziecka stała się hitem tak dużym, jak dla mojego pokolenia „Król Lew”.
Disney nie stoi w miejscu i coraz lepiej łączy klasyczne produkcje ze współczesnymi wymaganiami widzów, poruszając przy tym ważne tematy. Przez ostatnich kilka lat reżyserzy wśród morza problemów głównych postaci – skupiali się głównie na temacie miłości i przyjaźni. Tym razem, już nawet krótkometrażówką „Serce w rozterce” – zapowiadają zmiany i koncentrują się na odkrywaniu „wewnętrznego ja” bohaterów i wyrywaniu ich ze schematów otaczającego świata.
„Vaiana” to film o motywacji i dążeniu do ustalonego przez siebie celu mimo porażek i braku wsparcia bliskich.
Ciężko jest postawić na swoim, kiedy „wszyscy” wokół ciebie, twierdzą, że się mylisz. Typowy dzień szarego obywatela wygląda jak w „Dniu Świstaka”, aż w końcu rutyna zjada cię na tyle, że głos rozsądku okazuje się ważniejszy od tego, kim naprawdę chcesz być oraz co chcesz robić. Skończyły się czasy księżniczek takich jak Kopciuszek, które mają po prostu uśmiechać się i pięknie wyglądać, a cały świat będzie za nimi szalał. Zaczyna się era charakternych kobiet, które mają coś do powiedzenia i umieją walczyć o siebie. Vaiana stając w obronie swojego ludu – postanawia sprzeciwić się wieloletnim tradycjom i utartym schematom, podążając za własną intuicją.
Przez cały seans – siedząc i obserwując kolejne przygody naszej bohaterki – na przemian jej kibicowałem, a jednocześnie czułem narastającą motywację do zmian we własnym życiu.
Geniusz Disneya polega na tym, że w filmach wychodzących spod jego skrzydeł – nie ma bezbarwnych ról drugoplanowych.
Główny wątek jest umiejętnie przeplatany przez historie pozostałych bohaterów. Każdy z nich ma swoje problemy i rozterki. Mamy wielkiego mięśniaka, który chce się przypodobać każdemu. Jest i babcia, która dla swojego plemienia jest ekscentryczną wariatką. Napotykamy rodziców, którzy są nadopiekuńczy wobec własnego dziecka, a nawet nową ikonę komediowych ról – kurczaka-idiotę.
Każda z tych postaci jest ciekawa, indywidualna, wielowarstwowa i ma konkretne zadania oraz historię do przekazania. I każda zmusi cię do przemyśleń. Tak jak i mnie.
Tak rozśpiewanego filmu, jak „Vaiana: Skarb oceanu” dawno nie było.
No, chyba że zestawimy to z typowym musicalem, jakim były „Tajemnice Lasu”. Nie ma tutaj co prawda hitu na miarę „Mam tę moc”, ale jestem pewien, że opuszczając salę kinową, po napisach końcowych – jeszcze długo będziecie nucili „Drobnostkę” i „Pół kroku stąd”.
To ten rodzaj seansu, podczas którego jeśli nie śpiewasz z bohaterami, to chociaż się trochę gibasz na fotelu, albo machasz rytmicznie nogą w takt piosenki. Mnie od tańca powstrzymywał w zasadzie jedynie wielki popcorn trzymany na kolanach. Oraz fakt, że na sali nie byłem sam.
Wizualnie, „Viviana: Skarb oceanów” jest bez zarzutów. Tak fantastycznie odwzorowanych widoków, modeli postaci, a przede wszystkim wody – jeszcze nie było. W połączeniu z genialnym scenariuszem i udźwiękowieniem – jestem pewien, że co najmniej kilka scen przejdzie do historii animacji.
To animowany film, ale niekoniecznie skierowany do małych dzieci.
Owszem, występuje tu genialna postać kurczaka, która swoją prostotą rozbawi was do łez. Są gagi, aluzje do innych filmów oraz masa komediowych scen. Mimo wszystko sens „bajki” zrozumieją raczej dzieci w wieku siedmiu lat plus. Sporo jest też „strasznych” momentów, które mogą maluchy wystraszyć. Dwoje dzieci siedzących za mną od połowy seansu marudziło, że chce już iść do domu, bo nie bardzo wiedziało, o co w dynamicznych scenach chodzi.
„Vaiana: Skarb Oceanu” to wielowątkowa opowieść o budowaniu własnej tożsamości. Kiedy kończą się napisy końcowe, a na sali zapalają się światła – ty ciągle będziesz myślał nad tym, czy kierunek – który w swoim życiu obrałeś – jest właściwy. Zastanawiasz się, czy nie podjąć ryzyka i zrobić coś tylko dla siebie, nie oglądając się na opinie i cele innych. I co najlepsze – czujesz się do tego zmotywowany już teraz. To między innymi za to zmuszanie do zadawania sobie tak uniwersalnych i elementarnych pytań dotyczących własnego ja uważam, że ta animacja powinna zagościć w każdym domu. Miejsce na mojej półce już czeka.
taa, no to ide z corka..
Trzymam kciuki, żeby się spodobało. 🙂
Nam sie podobało, Oliwka zachwycona, Oskar mniej bo usnął 😉 i przzegapił większość. Muzyka faktycznie bardzo fajna i nadaje klimat. bez HejHej to było by trochę nudno (taki niemy Olaf z Krainy lodu) Ogólnie polecamy, Ale to kolejny Film dziewczynekm trochę szkoda, mimo że jest „Wielki mięśniak” to mało tam chłopięcego polotu
Dla chłopców chyba w przyszłym roku wychodzą „Auta 3” 🙂