Tak, Piraci z Karaibów: Zemsta Salazara to naprawdę dobry film!

Johny Depp powraca jako jeden z najsympatyczniejszych (i najbardziej rozpitych) piratów po raz piąty!

Blisko sześć lat minęło od ostatnich przygód kapitana Jacka Sparrowa. Czy to odpowiednio wystarczająca przerwa?

Idąc do kina, miałem co do tego wątpliwości.

Piraci z Karaibów przebojem wdarły się na ekrany kin, a potem na srebrne krążki w czytnikach kin domowych oraz w końcu do telewizji i VOD.
Zresztą, do dziś lubię sobie czasem powrócić do poprzednich części. Jest w nich wszystko to, co kochamy. Piękne, widowiskowe bitwy morskie, wspaniałe kobiety, stereotypowe zakazane i zachlane mordy (potocznie zwane piratami) no i wreszcie odrobina magii, legend i wierzeń.

Scenariusz przyprawiono odrobiną dobrego humoru i niezbyt wyrachowaną fabułą. Całość odpowiednio wyważono i jak dla mnie wyszło świetnie.
Jednak z każdą kolejną częścią seria zjadała własny ogon. A szczególnie było to widać w części czwartej, do której zatrudniono Penelope Cruz, która w mojej opinii kompletnie z rolą sobie nie poradziła.

W Piratach z Karaibów: Zemsta Salazara – wracają znani i lubiani bohaterowie.

Zresztą, nie tylko oni. Cała historia tak naprawdę jest bezpośrednią kontynuacją „3” niż będąca bardziej skokiem w bok „4”.

I bardzo dobrze. Od pierwszych minut czuć, że jesteśmy na dobrym statku i wszyscy płyniemy w tym samym kierunku – reżyser, aktorzy i widzowie.
Przede wszystkim zarówno reżyser, jak i producent sprawili, że formuła filmu nic a nic się nie wyczerpała. Detale, kostiumy czy efekty specjalne stoją tu na najwyższym możliwym poziomie. Muzyka potrafi chwycić za serce i oglądając film – nie raz złapiesz się na tym, że odruchowo masz chęć chwycić za szpadę i uczestniczyć w przepychankach.

Jako widzowie spotykamy naszych bohaterów po kilku latach od wydarzeń znanych z poprzedniej części. Część z nich osiągnęła nieprawdopodobne sukcesy, a jeszcze inni stali się zapijaczonymi obszczymurkami. Szybko jednak los splata ich ze sobą, kierując ku jednemu celowi – zdobycia Trójzębu Posejdona, dającego pełną władzę nad oceanami.

piraci z karaibów zemsta salazara recenzja

piraci z karaibów zemsta salazara recenzja

W filmie nie tylko zobaczymy sceny retrospekcji, gdzie dowiemy się, jak wyglądała droga Jacka Sparrowa do zostania kapitanem statku pirackiego, ale także w końcu zostaną domknięte wszystkie napoczęte wątki. Cieszy mnie również, że Disney postawił na pokazanie nowej twarzy – a dokładniej – na pokazaniu całego nowego pokolenia bohaterów. Pozwoliło to nie tylko w pewien sposób na pożegnanie się ze starą gwardią, ale dało również silnego, młodego ducha w sprawdzoną formułę.
Mam jednocześnie wrażenie, że tym samym amerykańska wytwórnia otwiera sobie drogę do obrazu o Piratach bez… Jacka Sparrowa. Czy to możliwe? Przekonamy się jeszcze.

Mimo płytkiej fabuły – ogląda się świetnie.

Nie oszukujmy się. Ani jedna z dotychczas wydanych części nie była jakoś specjalnie głęboka fabularnie. Cała seria wykorzystuje raczej znane i utarte schematy. Jednak przecież w tych filmach chodzi przede wszystkim o humor prawda?
A tego co niemiara. Szczerze powiem, że chyba na żadnej części nie śmiałem się tak długo i głęboko jak na tej.

Prawda jest taka, że jeżeli byłeś fanem poprzednich części – to ta recenzja do niczego nie jest ci potrzebna. I tak pójdziesz i obejrzysz. Jeśli jednak jakimś cudem do tej pory nie miałeś styczności z którąkolwiek z nich, to nadrabiaj szybko zaległości i leć do kina. Żałować nie będziesz.


Film obejrzany dzięki uprzejmości Cinema City. Fotografie: Disney.
piraci z karaibów zemsta salazara recenzja

O autorze

Filip Turczyński

Fan technologii mobilnych oraz wyznawca chmury obliczeniowej. W wolnym czasie nie pogardzi dobrą grą. Prywatnie szczęśliwy mąż i ojciec. Lubi pyzy i kotlety mielone.