Zabawki mojego dzieciństwa

lata 90, tamagotchi, wspomnienia z dzieciństwa, zabawki, zabawki lat 90, zabawki lata 90, zabawki z dzieciństwa

Bywają zabawki modne, ale tylko przez krótką chwilę i zabawki, którymi bawią się całe pokolenia.

Nie jest znany przepis na kultową, ponadpokoleniową zabawkę. Rynek zasypuje rodziców plastikowym badziewiem, ze wszystkich bilbordów i reklam krzyczą komunikaty: „KUPTOTOKUPTO!”

Popychani trendami, kupujemy to i tamto. Ale z tony zabawek które dostałem, zapamiętałem tylko kilka. Jestem przekonany, że większość jest wam doskonale znana. Bardzo możliwe, że albo sami je mieliście, albo staliście po drugiej stronie i zazdrościliście tym, którzy się nimi bawili. Zapraszam do mojego rankingu TOP!

Klocki

– Ałaaaa! Filip, jak nie posprzątasz klocków, to ci je wywalę przez okno! – słyszałem czasem od kobiety która sprawiła, że pojawiłem się na świecie. I ta sama mama właśnie, po odkurzeniu całego mieszkania – z precyzją wytrzepywała worek odkurzacza, wyjmując z niego jeden albo dwa klocki. Co z tego, że w pokoju walała się ich cała góra. Bez kluczowych elementów (a właśnie takie najchętniej ginęły, wciągane przez wyjącą maszynę), nie dało się zbudować miasta pełnego wypasionych samochodów, eleganckich ludzików i willi. Tak właśnie, bawiło się w prototyp Simsów!
Klocki przygarniałem wszelakie – drewniane, plastikowe, gąbkowe. Najbardziej zależało mi na Lego, ale jednocześnie kpiłem z serii Lego Duplo, bo nazwa brzmiała niezachęcająco i kojarzyła mi się z czymś gorszym. Klocki dla mięczaków, które teraz sam wybieram dla swojej córki. Dziewczyny zresztą, odkąd pamiętam – bawiły się inaczej. Zamiast składać tiry, straże i CPN’y – one „sadziły” kwiatki, drzewka i bawiły się konikami dołączanymi do zestawu. Nigdy tego nie rozumiałem.

Tiki Taki

Dwie plastikowe kule, na końcu sznurków połączone trzymadełkiem. Na przerwach, korytarze wypełniał dźwięk „stuktak-stuktik”. Jeden z gadżetów must have tamtych czasów. Pół szkoły ćwiczyło nadgarstki, a jeśli nie miałeś Tiki Taki, byłeś dziwny.

Tamagotchi

A jeszcze bardziej inny byłeś, kiedy nie miałeś Tamagotchi. Pierwsze zwierzątko na własność po Furby (do którego nie pałałem sympatią), z którym mogłeś robić co chciałeś! Ja go nie miałem i czułem się gorszy. Z zazdrością patrzyłem na kreski tworzące małe pieski, kotki i inne rybki pojawiające się w małym jaju i obserwowałem jak kumple je karmili, kładli spać i się z nimi bawili.
– Poczekaj chwilę, muszę nakarmić Rexa! – słyszałem ciągle. Kiedyś pożyczyłem od koleżanki  takiego na weekend i go uśmierciłem, żeby zobaczyć co się stanie. Pojawił się grobek i piesek umarł. Później odkryłem, że wystarczy pozmieniać datę, żeby piesek miał określoną ilość lat. Kumpela nigdy się nie dowiedziała, że jej Rexio nie jest tym samym Rexiem co kiedyś.

Pistolety

Kiedyś nie bawiono się w poprawność polityczną i dzieciom dawano do zabawy to, co je zajmowało na dłużej niż chwilę. Tak właśnie było z pistoletami, którymi „strzelałem” całe dzieciństwo, począwszy od ładowanych wodą na Lany Poniedziałek, świecących dzięki bateriom i na wypełnianych kulkami kończąc.
Całe lato biegałem jako policjant, bo złodziejem mało kto chciał być. Uganialiśmy się po krzakach, drzewach, rowerach i strzelaliśmy do siebie nawzajem.
A spróbuj teraz kupić „broń”. Ja się wystrzelałem za młodu i teraz mnie nie ciągnie, żeby komuś przywalić. Zasady Fair Play wpajane od dzieciaka – nie patrzymy w lufę, nie celujemy w ludzi i zwierzęta, strzelamy obok siebie. Można było? Można.

Karteczki

Kolorowe karteczki, wpinane do segregatora. Motywy miały przeróżne – uczyły handlu i negocjacji.
Do dziś fascynuje mnie to, jak ustalało się kurs danej „karteczki”. Niemniej, z wartością danego egzemplarza wszyscy się zgadzali. I tak można było spotkać dzieci na korytarzach dobijające targu: „Jedna Czarodziejka z Księżyca za 4 kotki! Tą mam, musisz dać inną!” No, obłęd. Najgorzej jak się zainwestowało w cały pakiet w sklepie – „zepchnąć” w szkole 30 sztuk tego samego było szalenie ciężko.
Najlepsi mieli kilkaset różnych karteczek! Po co? Jaki był w tym sens? Ni cholery nie wiem. Ale miało to swój urok.

Samochodziki

Przykro mi, że nie wymieniam lalek, ale resoraki mnie bardziej intrygowały. Miałem ich na pęczki. Bo co się kupuje idąc w gości? Albo czekoladę, albo samochodzik!
Najcenniejsze były te, które ciężko było zdobyć – tiry, samochody do zadań specjalnych (policja, straż, taksówka). Każdy inny wydawał się jakiś taki… pospolity.
Kiedy już uzbierałem pokaźną kolekcję aut, dostałem od rodziców na gwiazdkę dwie super zabawki – parking wielopoziomowy i taką ceratę z motywem drogi, którą się kładło na podłodze. Ależ to była super zabawa! Oczami mojej wyobraźni, widziałem przed sobą całe miasto! A jak miasto to i wypadki, kradzieże samochodów… Moje pierwsze GTA!

Rower

W każde wakacje zaczynałem swój mały rytuał. Stawiało się rower kołami do góry i robiło się „przegląd”. Smarowałem łańcuch, pompowałem dętki, sprawdzałem światła i błotniki. Do późnej podstawówki, montowało się na szprychach kolorowe koraliki-kulki, które przyjemnie mruczały podczas jazdy, nadając styl takiemu zwykłemu pojazdowi.
Wspólnie z kumplami organizowaliśmy tory przeszkód i „dalekie” wyprawy, które miały sprawdzić umiejętności rowerzysty. To wtedy powstał dzisiejszy suchar:
Jasiu jedzie na rowerze i co chwila woła:
– Patrz mamo, jadę na rowerze!
– Patrz mamo, jadę bez jednej ręki!
– Patrz mamo, jadę bez trzymanki!
– Patrz mamo, jadę bez zębów!
Oj, jakie to było prawdziwe!

Narzędzia i bazy

Miałem farta, kiedy rodzice budowali domek letniskowy – bez trudu mogłem wyciągnąć młotek, gwoździe czy trochę desek. Budowało się z tego bazy i centra dowodzenia. Z części projektów byłem naprawdę dumny, a o reszcie wole zapomnieć. Jak np. o budowaniu domu z… błota. Wpadliśmy na ten genialny pomysł, gdyż odkryliśmy, że wyschnięte błoto robi się twardawe. Ostro wzięliśmy się do pracy, ale w żaden sposób nie udało nam się postawić ściany wyższej niż 5-10 cm. Długo nam zajęło zorientowanie się, co było nie tak w naszej konstrukcji.

Patyk

Ten prosty przedmiot, potrafił zastąpić wszystko – broń, kierownicę od auta, krótkofalówkę, konsoletę statku kosmicznego, etc. I w sumie, to właśnie patyk zainspirował mnie do napisania tego tekstu. Kiedy widzę, że Lilka biorąc patyk do ręki – wyobraża sobie „coś”, to momentalnie cofam się w przeszłość i widzę sam siebie w podobnej sytuacji.
Niezależnie od tego, jakimi zabawkami się bawiliśmy i niezależnie od tego w co się bawiliśmy – dzieciństwo rządzi się swoimi prawami. Każdą zabawkę można było zastąpić dowolną inną. A jeśli nie, to wystarczyło krzyknąć „Ej chłopaki! Teraz ta rurka będzie strzelbą” i nikt nie robił z tego problemu. To fascynujące jak dzieci poprzez zabawy pokazują swój dystans do świata. Nam dorosłym, czasem go brakuje. Smutne to i zastanawiające, że wyobraźnia i ten umowny sposób życia, zanika wraz z wiekiem. Ale na szczęście są dzieci, które pokazują nam, że też kiedyś mieliśmy fajnie i do dobrej zabawy nie potrzebowaliśmy przedmiotów, tylko towarzystwa.

Prawa do zdjęcia tytułowego należą do – Stéfan.

O autorze

Filip Turczyński

Fan technologii mobilnych oraz wyznawca chmury obliczeniowej. W wolnym czasie nie pogardzi dobrą grą. Prywatnie szczęśliwy mąż i ojciec. Lubi pyzy i kotlety mielone.