Strona główna » Małe dziecko na rowerze to nie był najlepszy pomysł…
dziecko na rowerze

Małe dziecko na rowerze to nie był najlepszy pomysł…

Jakie atrakcje ma matka rocznego dziecka? Przeważnie wybór pada pomiędzy zwyczajnym spacerem lub przejażdżką rowerową, przy czym to drugie jest czymś całkowicie niezwykłym.

Banalna czynność zmienia się w Graala – rower pozwala na chwilowy powrót do starego trybu życia, poczucie niezależności, urozmaicenia i oderwania od rutyny. A przynajmniej tak myślałam.

Jako że termin porodu miałam na koniec czerwca – nie jeździłam na rowerze. Nie jeździłam nie ze względów bezpieczeństwa, a dlatego że było cholernie gorąco. Temperatura dochodziła do 35 stopni i ostatnią rzeczą, o jakiej wtedy myślałam, były jakiekolwiek wycieczki.

Cały rok czekałam na spotkanie z jednośladem.

Naczytałam się opinii, dlaczego warto i trzeba jeździć z dziećmi. Niektórzy wsadzali malucha na rower, ledwie nauczył się siedzieć! Kiedy więc równo po skończeniu przez Liliankę roczku nadarzyła się taka okazja – od razu postanowiłam ją wykorzystać.
Spędzałyśmy właśnie tydzień w Pieninach – moja córka spokojnie znosiła wszelkie wycieczki górskie – uznałam więc, że spokojnie wytrzyma krótką przejażdżkę.
Wspólnie ze znajomymi wybraliśmy wypożyczalnię i wsadziłam Lilę do przyczepki rowerowej.

O tym, że był to BARDZO zły pomysł, dowiedziałam się po przejechaniu około 2 km. Lilka tak mocno płakała, że dalsza podróż nie miała najmniejszego sensu. Usiadłam więc na ławce, z dzieckiem na rękach próbując je uspokoić. Sytuacja nie była najlepsza, ale trzeba było jakoś wrócić – poprosiłam więc znajomego, aby na moim rowerze zawrócił i wymienił rower na taki z fotelikiem, ja w tym czasie pilnowałam jego roweru.

Po kilku minutach miałam z powrotem swój środek transportu. Z ociąganiem włożyłam spokojną jeszcze córkę do fotelika.
Ostrożnie przypięłam ją pasami – cisza.
Przypięłam jej nóżki – cisza.
No… to teraz się zacznie – powiedziałam w myślach, ruszając w kierunku punktu rowerowego.
Ale nic się nie działo. Odjechałam kawałek i zrobiłam kilka rundek wokół wypożyczalni.

Hurrraaa!

Fotelik ewidentnie pasował mojej pasażerce, więc z nadzieją wróciłam na ścieżkę wokół Dunajca.

 dziecko na rowerze

Po przejechaniu około 4 km, moje dziecko zaczęło znowu marudzić, więc wcisnęłam jej w łapki kabanosa, dając sobie szansę na dogonienie reszty grupy. Po kolejnym kilometrze wiedziałam już, że nie mam szans – Lilka usnęła.

Zatrzymałam się na polanie i trzymałam ją na kolanach, aż się wyspała. Potem nakarmiłam ją i pozwoliłam pochodzić po łące. Co ja sobie myślałam? Moje dziecko było ewidentnie nie gotowe do atrakcji, które jej fundowałam. Zbyt wiele wymagałam od niej po roku „siedzenia w domu”, chciałam jak najszybciej wrócić do normalności i… niezależności.

Spojrzałam na rower i zanotowałam sobie w głowie, na co zwrócić uwagę przy następnej przejażdżce.

Rower jeździł podobnie, jak wyglądał. Tani, lekko zużyty, podróba bez amortyzatorów. Co z tego, że jechałam po asfalcie, kiedy siodełko wchodziło mi w dupsko, a fotelik był zamontowany na bagażniku i łapał każdy wstrząs (mimo naprawdę dobrego asfaltu!). Przerzutki ciężko wchodziły, jazda pod małą górkę z obciążeniem – wymagała nie lada wysiłku. Żeby wyjąć i wsadzić dziecko z fotelika, musiałam wykonywać niezłe akrobacje – nóżka nie dawała rady, więc jednocześnie trzymałam rower wpinając do niego Lilkę.

Na dodatek wpakowałam dziecko bez kasku, argumentując to znienawidzeniem przez nią nakryć głowy i szkoda mi było wydawać kasy, jeśli (jak okazało się słusznie zresztą) nie lubiłaby jeździć. No głupia byłam strasznie.

Dopiero powrocie do Warszawy, przeczytałam opinię fizjoterapeuty, który uważa, że dziecko powinno jeździć najwcześniej od około 18 miesiąca, ze względu na niewykształcony kręgosłup. No cóż, posłuchałam forumowych koleżanek i w tym wypadku to mnie zgubiło.

Zraziłam się do takich podróży strasznie, ale im dłużej patrzyłam na mijające mnie jednoślady, tym bardziej marzyła mi się przejażdżka. A ponieważ Lilka ma już 21 miesięcy, pobiegłam po moje zapomniane, komunijne cacuszko. Niestety…

 dziecko na rowerze

 dziecko na rowerze
 dziecko na rowerze

 dziecko na rowerze

…muszę dać mu przejść na zasłużoną emeryturę. Teoretycznie można wymienić dętki i opony – ale nie działają jeszcze hamulce, odpadł pedał, siodełko coś zjadło, a przerzutek nie da rady zmieniać.
Drugi raz nie pozwolę mojej córce zrazić się do roweru!
W kolejnych wpisach opowiem wam jak wybrać dobry rower, na co się zdecydowaliśmy i czy daliśmy radę pojechać gdziekolwiek. Trzymajcie kciuki!

Klaudyna Turczyńska

Nie może usiedzieć w miejscu, każdy weekend spędzałaby w trasie. Pasjonatka fotografii. Lubi odpoczywać na wsi, ale kocha miasto. Łatwo odnajduje się w każdej roli i nie potrafi spędzać czasu bezczynnie. Czasem można ja spotkać, jak pilotuje z dzieckiem samolot i bazgra kredą po chodnikach, malując kotki. Nie żyje bez kawy.

Spodobało się? Polub nas!