Lindsey Stirling Torwar – koncert pierwszej artystki w moim życiu, której teksty znam na pamięć

lindsey stirling torwar

Lindsey Stirling to skrzypaczka, która nie poszła śladem typowych absolwentów szkoły muzycznej, grających wyłącznie muzykę klasyczną. Amerykanka eksperymentuje z różnymi stylami: od hip-hopu po dubstep, po czym wrzuca swoje teledyski na YouTube i zbiera zachwyt publiczności.

Sam również nie byłem wyjątkiem i kiedy usłyszałem przypadkiem w programie śniadaniowym jej utwór „Crystalize” – po prostu wpadłem w szał przeklikiwania jej kanału. Z miejsca zakochałem się w tej muzyce, która doskonale wypełniała mi listę mp3 pomiędzy Hansem Zimmerem a Clintem Mansellem.

Nim pojawiła się w Polsce, artystka zdążyła wydać dwa albumy: „Lindsey Stirling” oraz „Shatter Me”. Oczekując na jej występ, zastanawiałem się – czego właściwie mogę się spodziewać. W jej dyskografii raptem dwie piosenki zawierają słowa, w dodatku śpiewane są przez kogoś innego.

Jak można zbudować show na scenie, nie mając nic poza smyczkiem i skrzypcami?

Targany wątpliwościami, stanąłem w gigantycznej kolejce na placu przed warszawskim Torwarem. Podobno pierwsi ludzie stanęli tam około 12. Musieli być naprawdę oddanymi fanami, by tyle godzin czekać na koncert. Zresztą – poznać największych fanów było nietrudno – ubrani w stroje z teledysków Lindsey, różne części ciała pomalowane markerami układające się w słowa „kocham Linsdey!”, z laurkami, niewielkimi transparentami, na tapetach ich komórek królowała Stirling, a dzwonek w telefonie był ustawiony na przeboje artystki. Poczułem się nieco dziwnie, bo nie jestem AŻ tak oddany jej twórczości, ale jednocześnie ucieszyłem się, że nie tylko ja lubię jej muzykę.

Kiedy w końcu dotarłem do „mety”, czyli zostałem pozbawiony plastikowej butelki z wodą, którą mógłbym zabić – zająłem sobie eleganckie miejsce naprzeciwko sceny. Kupiłem sobie spalony popcorn i Icetea, która również została pozbawiona morderczego plastiku i przelana w mniej zabójczy – plastikowy kubek. Oczywiście bez strasznego dekielka i złowieszczej słomki.

Na niepozornej scenie rozłożył się zespół supportujący – „A Great Big World”.

Przyznam szczerze, że pierwszy raz spotkałem się z ich twórczością i byłem jedną z niewielu osób, która ich nie znała. Sami chwalą się przede wszystkim utworem zagranym wraz z Christiną Aguilerą – „Say Something”.

Czy udało im się rozgrzać publiczność? W mojej opinii, zdecydowanie tak. Duża tutaj zasługa keyboardzisto-wokalisty z ADHD, który wczuł się w swoją rolę tak dobrze, iż chwilami miałem wrażenie, że połamie instrument, na którym gra. Basista zaś… przyszedł o kulach, co w żadnym razie nie odbiło się na jego grze.

Ten występ zakończono przemową i pozytywnym, wpadającym w ucho utworem, podkreślającym tolerancyjność wobec osób odmiennej orientacji.

Po krótkiej przerwie – na scenie pojawiła się właściwa gwiazda, czyli Lindsey Stirling.

Zaczęła mocnym przytupem, a perkusista – przedłużając intro otwierającej piosenki „Beyond The Veil” – stopniowo budował napięcie. Amerykanki nie zobaczyliśmy od razu – występ przesłaniała biała płachta, zza której widać było wyłącznie poruszający się cień. Była to aluzja do jednego z pierwszych jej utworów – „Shadows”. Kiedy w końcu podciągnięto kurtynę, uzyskałem odpowiedź na pytanie: jak wygląda koncert osoby, która nie ma nic do zaśpiewania. Na scenie działo się bardzo dużo – od gry świateł, dymu – po dodatkowe obrazy wyświetlane na telebimie za Lindsey.

Znalazła się także chwila na żarty z konkurencji. Stirling stwierdziła, że jest pod wrażeniem Lady Gagi i tego, jak potrafi rozebrać się na scenie do rosołu. Chcąc udowodnić, że też tak umie – założyła oczojebny, żółty dres, który pogrubił ją kilkukrotnie. Po wykonaniu utworu, zdejmując kostium – uznała, że „bycie seksownym jest strasznie męczące”.

Pomiędzy „piosenkami”, mogłem lepiej poznać samą artystkę.

Na scenie wyświetlony został miks filmów z jej dzieciństwa, pokazujący Lindsey z bardziej prywatnej strony. Skrzypaczka mocno podkreślała znaczenie społeczności, która ją otacza i zapewniła, że pomimo rosnącej popularności – czuje się przede wszystkim youtuberką i czasem lubi zagrać ot, tak… dla zwykłej przyjemności.

Oczywiście (jak każdy artysta, który do nas zagląda), podkreśliła, że nasz kraj ma dla niej szczególne znaczenie ze względu na ogromne wsparcie, jakie od Polski dostaje. Podziękowała raz jeszcze za tort, który dostała w dniu urodzin pod hotelem, kiedy w marcu ustalała trasę koncertową i przyznała, że początkowo nie planowała przyjazdu do naszego kraju. Dopiero pod wpływem polskich fanów, zmieniono zdanie.

Następnie publiczność poproszona została o włączenie wszystkiego świecącego, co mamy przy sobie – od telefonów po chemiczne światła. Wszystko to miało stworzyć nastrój ogniska oraz bliskości. Perkusista zagrał na pudle, Lindsey na skrzypcach, a ostatni członek zespołu na klawiszach – bez dodatkowego wsparcia ze strony elektroniki.

Amerykanka długo tłumaczyła każdy z utworów, opowiedziała m.in. genezę powstawania utworu „Take Flight” i nie ukrywała, że kilka razy znalazła się na życiowym zakręcie (np. walka z anoreksją), gdzie tylko wiara w Boga pomogła jej przezwyciężyć problemy. Utwór ten powstał, by motywować wszystkich ludzi do pracy nad sobą, gdyż jak twierdzi – tylko ciężką pracą i wiarą w siebie można odnieść sukces.

Ekipa pozwalała sobie na wzajemne żarty.

Przedstawiając swój zespół – Lindsey wypomniała klawiszowcowi, że ten jest ciągle singlem. Ten nie pozostał dłużny i stwierdził, że skrzypaczka również jest singielką i że właśnie wpadł na pomysł założenia fanpage’a „Lindsey Stirling Love”, w którym kojarzyliby pary. Przy okazji publiczność dowiedziała się, że koledzy z zespołu są z nią od samego początku.

„Zapragnęłam kiedyś założyć zespół. Poszłam więc do swoich znajomych, zapytać, czy nie nagraliby ze mną paru utworów. Zgodzili się i wiecie co? Okazuje się, że ktoś zaczął tego słuchać!”

Kończąc koncert, opowiedziała historię kolejnego singla – „Shatter Me”. To jej dotychczas największy utwór, który odzwierciedla jej wszystkie lęki i strachy, jakie miała w sobie, przed wydaniem drugiego krążka. Bardzo zależało jej, by znalazł się na płycie właśnie na pierwszym miejscu.

Drugi album jest totalnie inny od pierwszego i autorka bała się odbioru płyty przez jej fanów oraz krytyków muzycznych. Ten teledysk podobno doskonale oddaje emocje, jakie towarzyszyły skrzypaczce podczas pracy nad płytą.

Jakie mam wrażenia po koncercie?

Utwierdziłem się w przekonaniu, jak serdeczną i otwartą osobą jest Lindsey Stirling. Była autentyczna, bezpośrednia, a jednocześnie skromna. Na koniec założyła polską koszulkę i trzasnęła nam grupowe selfie. O, tam z tyłu to ja z Klaudyną:

lindsey stirling torwar

Mam nadzieję, że rosnąca popularność nie zaburzy jej spojrzenia na fanów i nadal chętnie będzie koncertować w Polsce. Jeśli zaplanuje drugie takie wydarzenie – na pewno chętnie na nie pojadę!

O autorze

Filip Turczyński

Fan technologii mobilnych oraz wyznawca chmury obliczeniowej. W wolnym czasie nie pogardzi dobrą grą. Prywatnie szczęśliwy mąż i ojciec. Lubi pyzy i kotlety mielone.

  • Stirlingite

    Nie sądzę, żeby pierwszy utwór był aluzją do „Shadows”. „Beyond the veil” można tłumaczyć jako „za zasłoną” co by bardziej pasowało do rozpoczęcia jej niesamowitego koncertu. A „Shadows” to zupełnie inny utwór, którego niestety zabrakło.

    • ReBel

      nie utwór a cień na kurtynie był aluzją i to miał na myśli autor. Wcale mu się nie dziwię bo mi też do razu się przypomniało shadows, mimo że to zupełnie inny utwór o innym znaczeniu.

    • Jest dokładnie tak jak napisał ReBel – dla mnie to była mimo wszystko aluzja do Shadows – utworu, który powstał w czasach kiedy o Linsey jeszcze mało kto słyszał. Tym bardziej, że to czasów amatorskich skrzypaczka jeszcze dość często nawiązywała.

      Inna kwestia, że to tylko interpretacja 🙂 Mogłeś to widzieć inaczej i też możesz mieć w tym racje. To jest fajne 🙂