Śniadanie? Nie jadam, bo nie mam czasu!

śniadanie

Ciekaw jestem, jak wygląda u was rytuał spożywania śniadania. Bo u mnie w ogóle nie wygląda.

Kiedyś to człowiek miał luksus! Wstawał po 7, budzony kilkukrotnym, delikatnym i łagodnym, acz stanowczym głosem:
– Wstawaj, czas do szkoły…
A nie jakieś pyryrympym napierającego budzika w komórce.
Mamuśka czekała ze śniadaniem, z gotową, spakowaną kanapeczką do szkoły i czymś ekstra – np. ulubionym batonem.
Jeśli w życiu dorosłego jest coś, czego szczerze nienawidzę to właśnie utraconej idylli śniadań.

A teraz?

Teraz jest zupełnie inaczej. Najczęściej, gdy po 10 wyłączonej drzemce – w końcu się budzę, wydaję z siebie krótkie, rozpaczliwe:
– Cholera! Zaspałem!
W pośpiechu naciągam spodnie, jedną ręką myjąc zęby, a drugą szukając bluzy, którą mogę założyć. Potem szybka ewakuacja z domu – pamiętając, by po drodze złapać jeszcze córkę i zaprowadzić ją do przedszkola. Zawracam szybkim krokiem w kierunku przystanku i z wywieszonym jęzorem lecę przed siebie, bo właśnie spostrzegam kątem oka, że mój kaban jedzie.
Kiedy po 1,5 h dojeżdżam w końcu do pracy – orientuję się, że moje śniadanie pozostało nawet nie tyle w lodówce, ile w planach dnia poprzedniego.

Czasem budzę się za pierwszym razem.

Wtedy pozyskane cenne minuty przeznaczam na te same czynności, ale w spokojniejszym tempie. Przeciągam się dwa razy, ziewam, nastawiam czajnik na herbatę, którą i tak piję na raz, jeszcze wrzącą, prawie parząc sobie przełyk. Udaje się również coś zjeść, ale to raczej, wtedy kiedy Klaudyna wstaje równo ze mną i ona ogarnia śniadanie i Lilkę, a ja siebie.

Bywają dni, kiedy sobie coś postanowimy i np. od dzisiaj jest dieta. Wtedy posiłki szykowane są dzień wcześniej, 5 porcji, każda w osobnym pudełeczku. Czuję się wtedy niczym bohater z filmu „Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz”. Jasne, wiem, co se myślisz. Chłopie, co za filozofia wstać 10 minut wcześniej i przygotować sobie ze dwie kanapki?! Nie przesadzaj!

Ani ze mnie sowa, ani skowronek. Zasypiam po 23 i nie mam siły wstać. Każde dodatkowe 5 minut w łóżeczku, jest dla mnie jak dar od losu. Mój czas dojazdu do biura to dokładnie 97 minut. Przerażające, zniechęcające do jakichkolwiek aktywności – 97 minut stania w zatłoczonym autobusie, między innymi żywymi zwłokami ludzkimi. Z niektórymi wzrokowo jesteśmy na ty, porozumiewawczo kiwamy se głową i zasypiamy na stojąco. Jeśli mogę pospać choćby 10 minut dłużej – korzystam z tego dobrodziejstwa ochoczo, wybierając pusty żołądek, ale przytomne oczy.

Czasem dziwnie się czuję.

Myśląc, że coś tracę, kiedy czytam, że jedna blogerka szykuje ucztę w pracujący wtorek, na 7 rano. Cała rodzina (2+2) siada przy stole i każdy wpierdziela coś innego. Albo oglądam serial – a tam Michał w piżamie szykuje śniadanie dla Ignasia, gdzie stół zastawiony jak na przyjęcie. Mleko i różnego rodzaju soki, starannie przelane do dzbanków. Płatki owsiane przesypane do miseczki obok prawie-imieninowego półmiska z wędlinami, serami i pomidorkami koktajlowymi. Oczywiście nie może zabraknąć i owoców, a wszystko to przeplatane poważną rozmową, która nieśpiesznie posuwa historię naprzód.

Kto, pytam się poważnie – kto ma czas na szykowanie tego wszystkiego? O której ci ludzie wstają, żeby się tak gościć w środku tygodnia przy wspólnym stole?
Idea jest piękna i godna aprobaty. Sam jestem zwolennikiem spożywania posiłków w rodzinnym gronie i w weekendy rozwlekam śniadanie, jak mogę, racząc się naleśnikami albo czymś równie zajmującym. Jednak jak ktoś mi wciska kit, że on ma tak na co dzień, to albo pracuje na popołudnie, albo nie pracuje i później ma szansę odespać, albo pisze to tylko po to, by zaraz potem dodać akapicik:
„A cała ta atmosfera była wyjątkowo lekka, dzięki nowemu eko odświeżaczowi powietrza bez zabójczych alergenów – SuperHiperAirFrozen 3.0”.

Fot. birthday breakfast/Flickr/Lizi Beth/CC

O autorze

Filip Turczyński

Fan technologii mobilnych oraz wyznawca chmury obliczeniowej. W wolnym czasie nie pogardzi dobrą grą. Prywatnie szczęśliwy mąż i ojciec. Lubi pyzy i kotlety mielone.

  • Obserwator

    Mnie budzi – po staropolsku – pianie koguta: uwaga – z komórki. A biorąc po uwagę, że pracuję na zmiany, to na przykład dziś śniadanie zjem za jakieś półgodziny, jak tylko drugą kawę wypiję.

    • O rety 😛 Nie wiem czy współczuć.
      Nie potrafiłbym pracować na zmiany. Wbrew pozorom jestem „rutynowcem” a praca na zmiany kojarzy mi się z totalnym brakiem stałego harmonogramu.
      Ale fakt – przynajmniej możesz na spokojnie zjeść śniadanie 😉

      • Obserwator

        Dzięki za otuchę, mam nadzieję, że racjonalizator, który wymyślił ten system pracy, ma swoje osobne, specjalne miejsce w piekle, gdzie go diabły obrabiają na trzy zmiany:)))