Smaki mojego dzieciństwa. Co jadło się w latach 80-90?

smaki dzieciństwa

Kiedy spoglądam na córkę pałaszującą jajko niespodziankę lub truskawki – sięgam pamięcią do smakołyków, które sam jadałem jako dziecko.

Zawsze fascynowało mnie to, że człowiek zapamiętuje nie tylko obraz, ale także smaki i zapachy. Niektóre wbiły się w moją pamięć wyjątkowo głęboko. Z każdym smakiem wiąże się pewna historia, jakieś doświadczenie lub przeżycie. To zabawne, że człowiek pamięta, jak smakował ulubiony cukierek, a dopiero po namyśle orientuje się, ile lat skończył. Wasze kubki smakowe też mają taką doskonałą pamięć?

Guma Donald

Któż jej nie jadł? Twarda jak skała, dopiero po trzykrotnym uderzeniu zębami – zamieniała się w miękką konsystencję o proszkowym posmaku. Koniec lat 80 a początek ’90 to okres, kiedy całe wakacje spędzało się z rodziną poza miastem na działce. Byłem wtedy dzieciakiem, który łaził krok w krok za niewiele starszym bratem i siostrą cioteczną. Któregoś razu, wujek zorganizował nam spływ pontonem po rzece Liwiec. Na pokładzie były właśnie gumy Donald. Nie był to pierwszy raz, kiedy je jadłem, o nie! To fascynująca przygoda – utknęliśmy na mieliźnie, zgubiliśmy wiosło, siostra, która non stop płakała – sprawiła, że zapamiętałem je wyjątkowo szczególnie. Poza tym – dla 4-letniego dziecka, nieumiejącego czytać – krótkie, pachnące smakową pastą do zębów historyjki – były prawdziwą radochą. Każdy się nimi sztachał i je kolekcjonował. Były na wagę złota!

Guma Turbo

Żułem ją naprzemiennie ze wspomnianym Donaldem. Jak każdy, szanujący się chłopak – kolekcjonowałem obrazki przedstawiające modele aut i robiłem gigantyczne balony na pół twarzy. Z dzisiejszych gum takiego balonu nie zrobisz. Mój starszy o 8 lat brat – dostał od rodziców zadanie, położenia mnie spać. Dziś, sam mając dziecko – wiem, jak trudne zlecenie dostał. Leżałem w łóżku i zza przymkniętych powiek obserwowałem brata, który rozpaczliwie kombinował, abym usnął. Strasznie mnie to bawiło.

smaki dzieciństwa

Mały ja, negocjujący warunki.

Zniechęcony marnymi rezultatami i poganiany przez kolegów („Marcin! Długo jeszcze? No, chodź już!”), wypalił:
– Jak uśniesz, to jutro pod poduszką znajdziesz masę słodyczy!
– Naprawdę? Jak od wróżki Zębuszki? – spytałem, jednocześnie badając szczerość jego twarzy.
– Tak!
O dziwo, usnąłem dość szybko. Rano, faktycznie pod poduszką znalazłem stos gum Turbo. Doceniam to szczególnie dziś – kieszonkowe mieliśmy skromne, a brat musiał jeszcze rankiem, lecieć po zakupy.

Gumy Kulki

W sklepie leżą do dziś. Nie to, że się nie sprzedały, widocznie cały czas mają wzięcie. Cały pasek gum! Pojawiły się po gumach Donald, ale jeszcze przed Boomerem. Robiliśmy zakłady, kto zmieści ich więcej naraz w buzi. Idiotyzm – strach pomyśleć, jakby się któreś z nas zadławiło. Bez strachu, nie ma jednak zabawy!

Oranżada Ptyś

Mój pierwszy gazowany napój w życiu. Całą „kasę”, którą dostawało się poza kieszonkowym, przepijało się właśnie tym. Biegaliśmy po napój do sklepu nieopodal działki (w którym serwowali także pyszne gofry) i potrafiliśmy tego wypić bardzo dużo. Najgorsza była utylizacja butelek tak, by rodzice się nie zorientowali, skąd nasz nagły spadek zainteresowania obiadem.
Współczesny smak najbliższy oryginałowi to Oranżada Helena biała. Czasem kupuję – jest jak wehikuł czasu.

Drażetki Cukrowe

Za nic nie przypomnę sobie, jak one się naprawdę nazywały. Może któryś z czytelników też je jadł i przypomni? W każdym razie ich smak przypominał cukier puder, lekko cytrynowy. Były w kolorach białym lub różowym, w kształcie prostokątów i kół. Odkryte przez nas w sklepie, w którym zaopatrywaliśmy się w Ptysie. Same draże nie utrzymały u nas zbyt długo zainteresowania – były bardzo drogie. Czasem kupowaliśmy, bo… zastępowały na chwilę klocki – budowaliśmy z nich jadalne, mini budowle.

Kamyki Orzechowe

Kamyki od firmy Jutrzenka – swoją drogą, sprzedawane do dziś w niezmienionej formie! Cała paczka orzeszków w lukrowej polewie to dla dziecka wystarczający argument do wykonania dowolnego polecenia rodzica. W szczególności, że często tym poleceniem w niedzielne popołudnie było… pójście po nie do sklepu.
Dwa razy nie trzeba było powtarzać! W zasadzie prześcigaliśmy się z bratem w drodze do i ze sklepu. Po powrocie każdy dostawał swoją dolę do miseczki i jadło się to, oglądając program „Czar Par” na TVP1. Do dziś jedna rzecz się nie zmieniła – „kamyczek” ciemnobrązowy był najmniej smaczny.

Ogórki małosolne

Choć to może wydać się zabawne – to właśnie zwykłe, ziemne ogórki pozostają najlepszym wspomnieniem dzieciństwa i wakacji. W końcu to w okresie letnim robiło się przetwory na całą jesień i zimę. Jeździliśmy w środę na targ do miejscowości Jadów i tam zaopatrywaliśmy się w dziesiątki kilogramów ogórków. Jako że nasza ówczesna działka była współdzielona z czterema innymi rodzinami – obrabianie ów ogórków, było całym procesem i rytuałem. Moja mama i ciotki rozstawiały przed sobą wielkie balie z wodą i plotkując, obmywały ogórki, następnie ładując je do słoików. Oczywiście, każde z nas miało przeogromną chęć na takiego, więc co chwila się podbiegało i zwyczajnie podkradało jedną czy dwie sztuki. Tak… zdecydowanie małosolne ogórki domowej roboty to ostatni, ale chyba najbardziej wyrazisty smak z dzieciństwa, jaki czuję do dziś. Jest w nich coś niezwykłego. To jedyne warzywo, którego nigdy nie odmawiam!

Fot. 8708502176_b78ab94f66_b.jpg/Flickr/Paul Wilkinson/CC

O autorze

Filip Turczyński

Fan technologii mobilnych oraz wyznawca chmury obliczeniowej. W wolnym czasie nie pogardzi dobrą grą. Prywatnie szczęśliwy mąż i ojciec. Lubi pyzy i kotlety mielone.

  • Dla mnie smakiem dzieciństwa są owoce jedzone prosto z drzewa, najlepiej kilkanaście metrów nad ziemią. Mieliśmy taką jedną czereśnię 🙂

    • U mojej babci (jakieś 3km od wspomnianej działki), była taka wielka grusza. Też zawsze się zjadało tego na kilogramy, prosto z ziemi.
      Jednak mimo wszystko to słodycze zapadły mi w pamięć jakoś głębiej. Owoce były ogólnodostępne, a o słodycze trzeba było prosić, kombinować, zdobywać niczym mały zdobywca! 🙂