Dlaczego nie korzystam z punktu informacji turystycznej?

informacja turystyczna

Wiosna is comming zatem każdy mniej lub bardziej zaczyna myśleć o wakacjach i podróżach, co widać, chociażby po rosnących statystykach starych wpisów. Zasięgając rad, pomysłów albo inspiracji sami zaglądamy w różne miejsca. Jest jednak jedno takie, które omijam szerokim łukiem – Informacja Turystyczna.

Uwielbiamy jeździć. W ramach niniejszego bloga jeździmy od ponad dwóch lat. A prywatnie? Nie wiem, ciężko policzyć. Jednak nie o samo jeżdżenie dla jeżdżenia chodzi. Zależy mi na odkrywaniu nowych, ciekawych miejsc, o których głośno się nie mówi, albo takich, które znają tylko miejscowi.

Nasz dział Na Trasie zawiera blisko 90 fajnych miejsc w Polsce, które naszym zdaniem warto odwiedzić. A musicie wiedzieć, że dotychczas odwiedziliśmy ze 4 razy tyle. To, co zwiedzamy z Klaudyną – niestety nie zawsze nadaje się do polecenia. Godzinami moglibyśmy opowiadać o miejscach, do których dotarcie zajęło nam np. godzinę drogi, by na końcu okazać się… wielkimi chaszczami i tabliczką z mega długim opisem jakie to atrakcyjne. Może kiedyś…

Przykład?
Wspomniana przeze mnie „Przeklęta Wyspa” z miejscowości Zawiszyn nieopodal Łochowa (na trasie do Wyszkowa). Tam podobno miejscowy młynarz zaprzedał duszę diabłu. Wszystko po to, by móc zatrzymać przy sobie swą ukochaną.
Owa „wyspa” okazała się kawałkiem ziemi o bokach (góra) 2 × 2 metry, z pokaźnym bagienkiem i trawą sięgającą ponad nasze głowy. Zdjęcia nie dało się zrobić, nie wspominając o publikacji.

Cóż… Ryzyko zawodowe. Tak to sobie przynajmniej tłumaczymy.

Każdy nasz wyjazd to staranne planowanie trasy. Staramy się prześledzić przewodniki, mapy i wszelkie dostępne źródła – czy na wyznaczonym przez nas odcinku nie czai się coś naprawdę godnego uwagi. Czasem to kilka dni przygotowań, a czasem długie tygodnie.

Na początku naszej działalności posiłkowaliśmy się także Biurem Informacji Turystycznej. Kto jak kto, ale pracownik tego miejsca najlepiej powinien znać swoje rejony. Niestety, często okazuje się, że BIT-y to jawne wyciąganie pieniędzy z kasy państwa. Uważam, że one nic nie wnoszą, bądź ich funkcjonalność jest pomijalna.

Co do zaoferowania ma np. taki BIT na ul. Targowej w Warszawie? Przede wszystkim umiejscowienie samego biura może być zaskakujące. Znajduje się ono w dawnej fabryce wódek Koneser. Nie mogliśmy się powstrzymać, by tam nie zajrzeć. Praga oraz Żoliborz są przez nas w dużej części słabo spenetrowane. Liczyliśmy zatem na jakieś interesujące odkrycia.
Na miejscu okazało się, że to nasze osoby bardziej zaskoczyły pracującą tam kobietę, niż ona nas informacjami. Dała nam ulotki, a jako mega ciekawy kierunek do zwiedzania wskazała… ZOO oraz Stare Miasto. Czyli coś, co zna chyba każdy Polak w całej Polsce.

Innym razem w Węgrowie – ledwo zdążyłem przekroczyć próg i powiedzieć „Dzień dobry”, a młoda kobieta stwierdziła, że ona bardzo się teraz spieszy, a tam w rogu jest multimedialny kiosk, który mi pomoże. Ona sama wybiegła, zostawiając mnie osłupiałego w jej biurze.

Będąc w Toruniu, przyszliśmy z gotową listą miejsc, które sami przygotowaliśmy, ale chcieliśmy jej uzupełnienia. Tamtejszy pracownik rozłożył bezradnie ręce – twierdząc, że o części z nich nie miał pojęcia.

Rok później – nauczeni doświadczeniem – wchodzimy do losowego punktu. Trafiliśmy! Dostajemy duży spis naprawdę ciekawie brzmiących miejsc oraz ich historię! Kiedy zaczęliśmy jeździć i ich szukać, okazało się, że owszem – istnieją. Niestety nikt nam nie wspomniał, że są w prywatnych rękach, a na każdej bramie wisi tabliczka: „Teren prywatny, wstęp wzbroniony”. Obeszliśmy się smakiem.

Dla kogo zatem są takie punkty?

Nie wiem. Wiem za to, że równie dobrze mogliby postawić automat wzorowany na ten z batonikami. Wrzucasz 2 zł i wypada ci np. komplet ulotek+mapa. Oszczędność dla gmin, a efekt podobny. Albo i większy, bo BIT-y mają godziny pracy zwykle nieadekwatne do turystyki. Szkoda. Takie miejsca powinny być niczym świątynie – znać każdy kamień w obrębie wielu kilometrów, a miejscami nieznanymi, ale wartymi uwagi – sypać jak z rękawa. A tak? Mamy do czynienia z ludźmi, którzy po prostu odbębniają swoje 8 godzin, biorąc za to jakąś pensję. Może nawet to nie ich wina, tylko systemu. Niestety na tym cierpimy wszyscy.
Smutne.

O autorze

Filip Turczyński

Fan technologii mobilnych oraz wyznawca chmury obliczeniowej. W wolnym czasie nie pogardzi dobrą grą. Prywatnie szczęśliwy mąż i ojciec. Lubi pyzy i kotlety mielone.