6 rocznica czyli chyba dojrzałem do małżeństwa

3 lata temu okłamałem was na całej linii.

Cholera, przyznam wam się, że trzeci raz siadam do napisania tego tekstu. Nie dlatego, że nie mam pojęcia co napisać na tytułowy temat, ale dlatego, że chciałbym powiedzieć tak wiele.

Największy jednak kłopot sprawia mi wybranie tych kilku rzeczy. Czemu? Bo z jednej strony chciałbym z wami podzielić się swoją radością, z jaką przeżywam ten dzień. Z drugiej zaś czuje nad sobą tę pokorną myśl, że to dopiero sześć lat po ślubie.

Z Klaudyną znamy się prawie dwanaście lat.

Dwanaście lat, z czego od ponad jedenastu jesteśmy razem. Nie, to nie była miłość od pierwszego wejrzenia i szczerze mówiąc, każde z nas musiało się bardzo starać, by coś ulepić z tej gliny.
Kiedy czasem wspominamy początki naszej przyjaźni, łapię się za głowę i zastanawiam się jakim cudem taka kobieta jak ona spojrzała na takiego dupka jak ja.

Tak, jeśli nie wierzycie, że kobieta dojrzewa szybciej, to ja jestem tego doskonałym przykładem. Lata mijały, ja się potem oświadczyłem, ożeniłem, a potem na świat przyszła Lilka. A po niej pojawił się ten blog. I tak czytałem sobie swój tekst sprzed trzech lat i wiecie co? Trzeba go będzie chyba skasować.

Bo tak naprawdę od tamtej pory zmieniło się wszystko. Tak, tak. Nic nie jest, jak było dawniej, a minęły ledwie 3 lata. Nie wiem, może ja dorosłem? Może… my się zmieniliśmy?

Bo wiecie, nasze małżeństwo nie jest idealne. Tak, sprzeczamy się o pierdoły tak zaciekle, że potem kolejne dwa dni próbujemy dojść – o co właściwie żeśmy się posprzeczali.
Tak, każde z nas ma swoje nawyki, zachowania, którymi irytuje drugą stronę. Ale to, co jest najważniejsze to fakt, że to wszystko w ogóle nie jest ważne.

Mam czasem okazję spotkać pary z krótszym stażem albo wręcz takie, które dopiero rozpoczynają swoją drogę.

Lubię wtedy obserwować ich zachowania, gesty czy słuchać co o sobie mówią nawzajem. Wiecie, motylki w brzuchu, poczucie odkrywania nieznanego świata – no powiedzcie, kto za tym nie tęskni?

Uśmiecham się pod nosem, gdy słyszę, że ten przyniósł żonie tak wielki bukiet róż, że ledwo mógł je rękami objąć. Albo, że ona szuka projektora na wspólny wieczór z facetem, bo jak czegoś nie wymyśli, to ten palcem nie kiwnie. No i ta pewność – że ONI to na pewno są idealną parą. Ta, bo ta cała reszta myślała inaczej i zaczęła się spotykać z braku innych opcji.

Czasem opowiadam Klaudynie o swoich obserwacjach. I skwitowała to jednym zdaniem:
– Dla mnie największym wyznaniem miłości jest chwila, gdy rano wstajesz i idziesz po mleko do kawy.

Bo ciężko oczekiwać od siebie po tak długiej znajomości tego, co na początku drogi. Znamy się na wylot. Nasze pragnienia, cele, marzenia, troski, lęki i strachy. Znamy swoje problemy i sukcesy.
Nie mamy poczucia, że któreś z nas musi tego drugiego zabrać na randkę. I to nie dlatego, że przecież jesteśmy w ruchu w ramach bloga. Gdyby Skomplikowane nie powstało – mi i tak byśmy po tej Warszawie/Polsce jeździli!

Sens naszego małżeństwa opiera się na tym, że jest… normalnie.

To, czego nie wiedziałem trzy lata temu, pisząc poprzedni tekst to tego, że małżeństwa też się trzeba nauczyć. Bo przecież nie pójdziemy na typową randkę, bo kto niby będzie płacił? Klaudyna? Ja? Co za różnica, budżet jest wspólny, a karta płatnicza i tak jest wystawiona na Klaudynę.

Nasze randki? Proszę.

Romantyczna #kolacja #wedwoje _____ #kfc #nabogato #polakicebulaki 🍔🍟🍗

A post shared by Klaudyna Turczyńska (@skomplikowane) on

Poza tym – przecież my i tak ciągle chodzimy, zwiedzamy i jesteśmy w ruchu przecież!
Dla nas normalnie znaczy spokojnie i swobodnie. Nauczyliśmy się ze sobą żyć, nie przejmować się drobnostkami, które roztrząsane momentalnie rosną do monstrualnych rozmiarów.

Odnoszę wrażenie, że problem młodych par i małżeństw polega na dążeniu do tego, by być jednością. Zgadzać się we wszystkim, mieć taką samą opinię na każdy temat i najlepiej interesować się tym samym. Jak w tym przysłowiu o dwóch połówkach idealnego, czerwonego jabłka. Szerzej pisała już o tym Klaudyna, w tekście: „Dlaczego nie chcesz mieć idealnego faceta?

A prawdziwą sztuką jest, by tę odrębność zachować. Zaakceptowaliśmy siebie nawzajem. W pełni. A jednocześnie wręcz poszliśmy w przeciwnym kierunku i trochę daliśmy sobie przestrzeni tak, by każde miało coś dla siebie i mogło się troszkę realizować.

To sprawia, że mimo tych dwunastu lat budzę się co rano, patrząc na leżącą obok mnie małżonkę i wstaje z myślą, że ta kobieta cały czas mnie fascynuje. Bo nie jest mną. Nie robi tego, co ja.
Nie potrzebujemy wielkich rzeczy. Wielkich gestów albo słów. Cieszymy się drobnostkami, chwilą, detalami. I to sprawia, że jesteśmy szczęśliwi.

Pisząc ten tekst, ona siedzi sobie teraz po drugiej stronie Europy w Chorwacji i wyleguje się na plaży (zołza jaka!). Jednak jestem przekonany, że w tej chwili myśli dokładnie o tym samym co ja.
Patrzy w morze, a myślami jest tutaj przy mnie, w mieszkaniu i zastanawia się, kiedy w końcu ogarnę ten bajzel.

Kocham Cię Klaudynko.

O autorze

Filip Turczyński

Fan technologii mobilnych oraz wyznawca chmury obliczeniowej. W wolnym czasie nie pogardzi dobrą grą. Prywatnie szczęśliwy mąż i ojciec. Lubi pyzy i kotlety mielone.