Tata na emigracji

Wpis został napisany na Acer Aspire Switch 10.

Cóż – o prace ciężko, więc szanuje się taką, jaką się ma. Nawet wtedy, gdy trafia ci się kompletnie niezaplanowany wyjazd służbowy.

Trzy tygodnie to stosunkowo niewielki okres czasu. Niecały miesiąc, właściwie tyle co nic.

Ten czas jednak zupełnie inaczej wygląda z perspektywy przywiązanej do ojca dwulatki, dla której trzy tygodnie bez taty jest dużym wydarzeniem. Pomimo wielu rozmów odbytych przed wyjazdem – nie sposób wytłumaczyć małemu brzdącowi, co właściwie się stanie. Samo pojęcie „wyjazdu” czy „wycieczki”, wydaje się maluchowi dość abstrakcyjne, jednak z racji wielu odbytych razem tras – byłem w stanie wytłumaczyć Lilce, że polecę samolotem hen, hen daleko. O tym, że będę do niej dzwonił, również wydawała się pojmować, bowiem i tak w ciągu tygodnia często do niej dzwonię.

Niestety tego, że tata zniknie na trzy tygodnie zrozumieć nie umiała, albo nie chciała. Zresztą, równie dobrze w tym miejscu mógłbym podać dowolnie inną wartość – miesiąc, pół roku, rok. Dla małej dziewczynki nie przyzwyczajonej do weekendowego taty – i tydzień to stanowczo za długo. Początkowo na wyrażenie: „tata musi wyjechać na kilka dni do pracy” niepewnie przecząco machała główką, by w końcu po kolejnym razie powiedzieć cichutko: „dobrze”. Ułożyłem ją do snu, pocałowałem na dobranoc, a kiedy rano wstała – ja byłem już w startującym samolocie.

Powiem szczerze, że przez pierwsze dni, kiedy na dobre się „urządziłem” – tęsknota w ogóle mi nie doskwierała. W zasadzie to nawet miło było sobie przypomnieć kawalerskie czasy, bez trosk i obowiązków. Choć na chwilę poczułem się „wolny”.
Masz ochotę na piwo wieczorem? Proszę bardzo!
Chcesz gdzieś wyskoczyć po 20 i szlajać się po nocy? Czemu nie!
Po dziewięciu latach bycia w związku, trzech w małżeństwie i dwóch jako rodzic – to naprawdę miła odmiana. Można się na moment zatrzymać i zapomnieć o wszelkich obowiązkach dnia codziennego. Docenić to, czego nie doceniają single!

Świetnie się bawiłem, do momentu aż podładowałem rozładowane na maksa baterie. Już trzeciego dnia złapała mnie chandra, której pierwszymi objawami było wybicie z rytmu. Normalnie mam pewien schemat, którego się trzymam – wracam z pracy, bawię się z córką, jemy obiad, kąpię dziecko i kładę je spać. Potem gadam z Klaudyną do rana.

Tutaj tego wszystkiego zabrakło. Wracałem do hotelu i….nic. Nie dzieje się kompletnie nic. Włączam telewizor, w którym lecą jakieś brytyjskie bzdury. Odpalam przeglądarkę – polskie bzdury. Dzwonię do rodziny – Lilka referuje mi, że właśnie „hopsa, hopsa” na trampolinie i „tati papa”. Musi kończyć, ma tam w Polsce ważniejsze sprawy. Nie zdążyłem nawet nic odpowiedzieć, bo się rozłączyła.
Wykonuję połączenie raz jeszcze i prawie na wydechu mówię Klaudynie co u mnie. Rozmawiamy krótko, bo jednak międzynarodowa rozmowa trochę nas kosztuje, a niestety internet bardzo się zacina. Dzielna ta moja żona – jeszcze nie zostawała sama z córką na tak długi okres.

Biorę się za wpis na bloga. Kończę późno, bo wolny czas zamiast mnie motywować, ciągle mnie rozprasza. Mam nowy plan, który staje się moim – stałym, nowym, dziennym rytmem. Muszę go mieć, bo inaczej zgłupiałbym z nudów. Owszem – zwiedzanie jest fajne, ale samemu to nie to samo co w trójkę. Nie ma koło mnie nikogo, z kim mógłbym się cieszyć. Czy zdjęcia mi wyjdą? Czy zwrócę uwagę na szczegóły, na które zwróciłaby uwagę Klaudyna lub Lilka? Mam wątpliwości…

Potem jadę do Legolandu, gdzie czuję się zwyczajnie źle. Miejsce jest fantastyczne, córka tak by się cieszyła! Dobija mnie ta myśl i park rozrywki przestaje mnie bawić. Za to głowę zaprzątają mi dziewczyny. Jak sobie radzą? Czy się nie nudzą? Czy tęsknią za mną?

Dobijam do trzeciego tygodnia i wpadam w obłęd. Odliczam dni do powrotu i molestuję rodzinę ciągłymi rozmowami przez komórkę. Przymykam oko na biling. Godziny dłużą mi się niemiłosiernie i nie mam co robić z wolnym czasem. Jestem tak wolny, że aż zły.
W sklepie nakupowałem prezentów, którymi chciałem nieco wynagrodzić czekanie żonie i córce. Aparat fotograficzny, słodycze, kolorowanki i masę innych gadżetów. Chciałem trochę uleczyć wyrzuty sumienia…

Powrót był szokujący zarówno dla mnie, jak i dla córki. Wróciłem po 22.00, kiedy już spała. Około drugiej przebudziła się i na mój widok zaczęła szlochać. Nie byłem pewien czy mnie poznała, czy się wystraszyła – ale z samą tą myślą poczułem się źle.

Choć od mojego powrotu minęło pięć dni, w których byłem tylko dla niej – moja córeczka w dalszym ciągu preferuje do ululania i snu swoją mamę. Wiem, że muszę jej poświęcić dwukrotnie więcej uwagi i cierpliwości i stopniowo – metodycznie nadrobić zaległy czas, który jej zabrałem.

Wpis został napisany na Acer Aspire Switch 10.

O autorze

Filip Turczyński

Fan technologii mobilnych oraz wyznawca chmury obliczeniowej. W wolnym czasie nie pogardzi dobrą grą. Prywatnie szczęśliwy mąż i ojciec. Lubi pyzy i kotlety mielone.

  • Aleksandra

    Mój mąż pół roku temu też wyjechał do pracy za granicę. Widujemy się co dwa tygodnie na weekend (gdzie weekend to od piątku w nocy do niedzieli do południa). Początkowo było bardzo ciężko wytłumaczyć to dzieciom (córka ma sześć lat, a synek dwa i pół), jednak z czasem wpadły w pewną rutynę tak samo jak my. Wiem, że bardzo tęsknią, ale pożegnania nie są już okupione łzami i razem czekamy na tatę…

    • Niestety – wyjazdy czasem są konieczne i ich nie unikniemy. Jednak nie chciałbym by temat rozłąki ojca z dzieckiem stał się tematem tabu.
      Niewiele się mówi o smutku czy żalu jaki towarzyszy ojcom podczas ich wyjazdów. A my przeżywamy to tak samo jak dzieci. A może nawet bardziej, bo mamy świadomość, że gdzieś tam daleko nasze pociechy chodzą smutne bo nas nie widzą na co dzień..

      • Aleksandra

        Wiem, o czym mówisz. Mam świadomość tego, że mojemu mężowi jest bardzo ciężko. My zostaliśmy tu razem, on pojechał w zupełnie obce miejsce i jest sam. Tęskni strasznie. Wiem o tym. Cieszę się, że mas zodwagę o tym pisać.